Zarzeczny Gate

Kolarski światek zawrzał. Na łamach Polska Times redaktor Zarzeczny obsmarował bez litości naszych kolarzy z Touru. Wszczął aferę z kategorii “jestem święcie oburzony, za trzy dni wyleci mi to z głowy, przy okazji kolejnej równie poważnej aferki”. Dziś mija chyba właśnie trzeci dzień od publikacji, więc jutro już będzie po sprawie.

Sprawa jest mocno śmieszna, ale jak tak sobie patrzę po internetach, to ludzie się przejęli. Komentatorzy grożą internetowymi pięściami i wieszają psy na redaktorze Zarzecznym, chociaż to akurat nic nowego. Portale tworzą apele o bronienie dobrej prasy na temat kolarstwa. Uświadamiają o co w tym wszystkim chodzi tych, co dobrze już wiedzą o co w tym wszystkim chodzi. Hm, to ma sens :)

Ale w tym całym szaleństwie jest metoda. Redaktor Zarzeczny swoim artykułem zrobił robotę. Serio. Bo tak, trochę przez ten nadmiar naszych herosów poprzestawiało nam się wszystkim w głowach. Ktoś tam miał żal do Kwiatka, że się skończył, ktoś tam żal o to, że Majka był niedoceniony przed Tourem, a ktoś jeszcze pomstował do nieba czemu to sucha łyda Huzara ma być najpopularniejsza w internetach. I tak dalej.

Ale redaktor Zarzeczny uratował sytuację. Bam! Postawił grubą krechę swoim wywodem. Ha! Bo nie wiem czy wiecie jaki jest najlepszy sposób na zjednoczenie jakiejś społeczności. Otóż stworzenie jej wspólnego wroga. Tak tak. Tak jak z terroryzmem i tak dalej. W tym wypadku wrogiem został redaktor Zarzeczny. Cały światek kolarski jak jeden brat stanął murem za wszystkimi naszymi herosami już bez głupich podziałów bo sprawa zrobiła się tak oczywista. Genialne.

I teraz pytanie brzmi, czy redaktor Zarzeczny był takim dobrodusznym geniuszem który w imię wyższych wartości zrobił z siebie głupka, czy może zwyczajnie był kompletnym głupkiem którego ja dobrodusznie wziąłem za geniusza?

Nie wiem. Do jutra i tak mi to wyleci z głowy.