Sukces który nim nie jest

Utknąłem w Warszawie na dobre. Z dala od gór, morza, wolności i klawego życia. A ludzie mi gratulują. Właśnie teraz. Bliżsi i dalsi znajomi. Przysyłają mejle, smsy. Spotkani na ulicy kumple ściskają mi dłonie i z przekonaniem gratulują. Gratulują sukcesu. Tego, że mam firmę, że hula mi sprzedaż w sklepiku, że wyszedłem na swoje. Gratulują mi sukcesu. ha!

Dzięki, bardzo mi miło. Nie. Wcale nie. Dziękuję tylko z grzeczności. Tak naprawdę to trochę mnie to bawi, trochę przeraża.

Bo czym właściwie jest dla Was sukces? Czemu nikt mi nie gratulował kiedy zamiast dołączyć do tabuna ludzi narzekających na kolejny poniedziałek, pojechałem sobie na cały dzień w góry, kiedy zamiast marnować sobie życie na nic nieznaczących studiach, wyrwałem się do Norwegii, kiedy wyskoczyłem do Sierra Nevada, kiedy wlazłem na Trolletunga albo Galdhøpiggen, przejechałem epicką rundę na Roadtrippingu? Kiedy zamiast zarabiać na życie, żyłem?

Czemu sukces przeliczacie na złotówki? Na stan posiadania?

Wiem, że teraz zaprzeczasz, wiem o tym. Ale teraz już za późno. Wszystkie te gratulacje mówią same za siebie.

Też kiedyś żyłem tym złudzeniem. Też kiedyś poszedłem na studia, jedne, drugie, trzecie. Też kiedyś szukałem pracy w poniedziałek rano. Miałem telewizor w domu i oglądałem te wszystkie szczęśliwe twarze bohaterów reklam, którzy pękali ze szczęścia bo coś sobie kupili albo dostali kredyt. Mi też ktoś kiedyś wmówił, że to właśnie do tego należy dążyć, że to mi da szczęście. Że tak wygląda życie.

Może powinienem był oglądać więcej telewizji. Czytać mniej książek. Zamiast się zastanawiać, oglądać Eurowizję. Zamiast zadawać sobie pytania, włączyć kolejny serial. Zostać kolejną ofiarą indoktrynacji naszej kultury. O tak, wtedy bym w to uwierzył. Zarabiałbym więcej, kupowałbym więcej. Coraz mocniej bym się uwiązywał w jednym miejscu, wpadłbym w szpony rutyny. Ale posiadałbym więcej. Według naszej kultury to by było to. Jakbym tylko nie poddał tego pod wątpliwość, byłbym szczęśliwy. O tak.

Ale wszystko zepsułem. Zostałem człowiekiem sukcesu który nim nie jest. Na własne życzenie. Jestem nim od trzech miesięcy i pewnie jeszcze jakiś czas będę. Mam tylko nadzieję, że nie za długo. Mimo, że wielu by chciało aby tak wyglądało całe ich życie. Ja chcę więcej. Mam jedno materialistyczne marzenie, dzięki któremu chcę się odciąć od tej całej gry o sukces, kasę i władzę.

I kiedy mi się to uda, kiedy ucieknę w góry, w poniedziałek rano wjadę na alpejską przełęcz, odnajdę najpiękniejsze szosy na tej planecie. Zacznę znowu żyć. Wtedy dopiero możecie mi pogratulować sukcesu. Prawdziwego sukcesu.

DCIM100GOPRO