Roadtripping Calpe. Wersja Polska.

Tekst: Szymonbike  Zdjęcia: Piotr Trybalski

Nastała zima. Niebo zasnuły ciężkie chmury, a wiatr stał się przenikliwie zimny. Legendarne przełęcze zasypał śnieg, na ulubionych szosach pojawił się lód. Ale kolarzy w ogóle to nie rusza. Wtedy właśnie pakują swoje rowery, swój dobytek i siebie samych do samolotu. I niczym ptaki na zimę, lecą do ciepłych krajów. Do kolarskiego Wonderlandu.

_PTR4800

Kolarstwo to wyjątkowo tradycjonalna dyscyplina sportu, wokół której powstała swoista kultura. Jednym z jej elementów są właśnie zimowe obozy treningowe w ciepłych krajach. My również do nich wyruszyliśmy. Na własnej skórze doświadczyć klimatu kolarskich zgrupowań. Mimo, że nie jesteśmy prosami. Nie szkodzi. Jak się później okazało – tym lepiej dla nas.

_PTR4983

Wylądowaliśmy w Calpe. Małym miasteczku, niemal wymarłym o tej porze. Ale tylko pozornie. Teraz zostało opanowane przez kolarzy. Wszystkie hotele i apartamenty wypełnione są gośćmi z ogolonymi nogami. Co chwilę widzisz wóz techniczny albo autobus zawodowej ekipy. Za dnia najlepsi na świecie kolarze przemykają ulicami, wieczorami ich mechanicy uwijają się przy rowerach. A my znaleźliśmy się w samym środku tego spektaklu.

_PTR5348

Calpe ze swoją charakterystyczną skałą – Penon de Ifach – symbolem całego wybrzeża Costa Blanca i motywem przewodnim każdej pocztówki z tej okolicy – jest też magnesem który ściąga właśnie do tej jednej, małej miejscowości wszystkich niemal kolarzy z najdalszych zakątków Europy. Calpe to kolarska mekka. Prosi są szczęśliwi, bo trudno trafić na lepsze warunki do treningu, a amatorzy aż pękają ze szczęścia bo poza tymi właśnie świetnymi warunkami, mogą się przynajmniej przez jakiś czas poczuć dokładnie tak, jak ich idole.

_PTR4654

I wszyscy, bez wyjątku, poddają się schematowi spędzania dni na zgrupowaniu. Ride, eat, sleep, repeat. Wszyscy, niczym trybiki w dobrze działającej maszynie, spędzają tu dzień za dniem z jednym celem – przygotować się do sezonu. Wpatrzeni w swoje plany treningowe, w swoje garminy i srmy robią co mogą aby za jakiś miesiąc, dwa czy trzy zjeść owoce swojej pracy. Tak to już jest z obozami. Taka rutyna zgrupowań ma swój niezaprzeczalny urok, ale w pewnym sensie ogranicza. My akurat nie jesteśmy na obozie. Nie musimy trenować. Możemy robić co chcemy. I dobrze, bo jesteśmy zbyt niecierpliwi żeby odkładać przyjemność z wygrywania “na za kilka miesięcy”. Chcemy tu i teraz przeżyć coś wspaniałego. Przyjechaliśmy do Calpe odhaczyć kolejnego Roadtripa. Znowu w tym samym składzie. Wojtek, Karol i ja, Szymon.

_PTR6058

Wieczorem siedzimy sobie na balkonie z widokiem na Morze Śródziemne, popijamy lokalne piwko i nie możemy doczekać kiedy ruszymy odkrywać okoliczne szosy. Bez konieczności robienia konkretnych ćwiczeń, powtórzeń i tego wszystkiego co robią wszyscy dookoła. Spróbujemy podejść do Calpe w zupełnie inny sposób. Zamiast formy, będziemy szukać przygody.

_PTR6311

UKRYTE SZTAJFY

Zgubiliśmy się. Szosa zrobiła się niepokojąco wąska. Nie wygląda na to żeby miała gdzieś prowadzić. Zaczyna robić się stromo. Jeszcze bardziej stromo. Próbujesz wrzucić na wyższy bieg. Nic z tego. Wrzuciłeś już wszystko co miałeś. Mimo to twoja kadencja jest żenująco niska. Właściwie to ledwo jedziesz. Ale jedziesz dalej. Przecież nie zawrócisz w połowie podjazdu. Zresztą skąd możesz wiedzieć czy to połowa, czy może dopiero ledwo początek? To nieistotne. Jedziesz dalej. Mimo wyraźnych sprzeciwów Twojego ciała. Nie, żeby Cię bolały nogi. Bolały już dużo wcześniej. Tutaj jest tak sztywno, że zaczynają Cię boleć ręce. Plecy. Wszystko. Jedziesz dalej. Zobaczyć dokąd prowadzi ta szosa, żebyś na szczycie mógł w nagrodę nacieszyć się widokiem, albo po prostu ucieszyć się ze swojego odkrycia. W końcu odkryłeś wyjątkowy podjazd. Zupełnie przez przypadek, gubiąc się.

_PTR4517

Nieznane sztajfy. Ukryte skarby tej okolicy. Esencja nieograniczonych możliwości otwierające się przed kolarzami, którzy tu trafią. Możesz jeździć znane wszystkim trasy, ale jeśli raz zgubisz drogę i po półgodzinnej wspinaczce, wjedziesz niesamowitą, opuszczoną drogą na szczyt, z którego będzie roztaczał się widok, którego wcześniej nie znałeś, to z pewnością zaczniesz się gubić coraz częściej. Z premedytacją. I zrozumiesz, że najgorszą rzeczą jaką mógłbyś tutaj robić to jeździć w kółko wciąż te same podjazdy.

_PTR4382

Postanowiliśmy odkryć możliwie jak najwięcej ukrytych podjazdów. Bo każda szosa, jak piękna by nie była, największe wrażenie robi zobaczona po raz pierwszy. Więc czemu by nie skorzystać z tej okazji i nie fundować sobie raz po raz chwil zachwytu. Tutaj nie jest to specjalnie trudne. Po prostu jedziesz znaną wszystkim szosą i kiedy tylko Ci się zachce skręcasz w boczną dróżkę. I ciach! Zazwyczaj trafiasz na kolejny wspaniały podjazd o którym nikt wcześniej nie wiedział.

_PTR4608

Tak właśnie po raz pierwszy trafiliśmy na podjazd na Fort Bernia. Podjazdem, który kończył się niczym innym jak małym parkingiem. Hiszpanie wyasfaltowali kilka kilometrów w górę aby ludzie którzy chcą pochodzić po górach nie musieli podchodzić aż od samego dołu. Gdyby musieli iść na piechotę nie mieliby dużo gorszych widoków. Ale hiszpańscy drogowcy wylali tam asfalt. Nie tylko tam. Właściwie każda ukryta sztajfa równie dobrze mogłaby być szutrową ścieżką. Ale nie. Jest asfaltowym podjazdem. A my możemy je podjeżdżać na rowerach, żeby móc nacieszyć się fantastycznymi widokami na przepastne doliny, morze i góry w oddali. Przepastne przestrzenie.

_PTR4458

Fort Bernia był pierwszym przez nas odkrytym podjazdem marzeń. Niepozorna ścieżka okazała się sześciokilometrowym podjazdem, który prawie z poziomu morza wywiózł nas na 700 metrów. Wąską i krętą drogą momentami tak stromą, że podrzucało Ci przednie koło. Pół godziny nieludzko sztywnego podjazdu, ale nie na tyle żeby nie dało się go podjechać na szosie. Perfekcyjnie wyważonego. Na tyle, żebyś na szczycie mógł z ogromną ulgą po prostu zsiąść z roweru i przysiąść na skraju drogi. Zasłużyłeś. Nie musisz w locie zakładać pelerynki i z rozpędu zabierać się za zjazd. Zamiast tego siadasz i patrzysz przed siebie.

_PTR4412

Z Fortu Bernia możesz na przykład wypatrzyć Benidorm. Jedno z większych miasteczek tego wybrzeża. Przez mieszkańców okolicznych wiosek pogardliwie nazywanym Hurghadą. Turystycznym molochem. Zapewne za sprawą niezliczonych wieżowców, w tym jednego, największego, który świeci pustkami bo jego projektanci zapomnieli o windach. Benidorm za nic nie pasuje do otoczenia i to sprawia, że jest w pewien sposób intrygujący. Pojechaliśmy go zobaczyć. Z wysokości. Raz dwa odnaleźliśmy niesamowity podjazd na wzgórzu sąsiadującym z miastem.

_PTR5053

Podjazd, który może nie bił rekordów długości ani nachylenia, ale był w pewien sposób wyjątkowy. Szosa z jednej strony otwarta na morze, z drugiej na to miasto wieżowców, a ze szczytu z widokiem na otaczające góry. Kompletna abstrakcja. Odhaczyliśmy kolejny niesamowity podjazd i kiedy już chcieliśmy wrócić do domu, tym razem już zupełnie niechcący zgubiliśmy się i trafiliśmy na jedną krótką hopkę. Dosłownie mur. Prowadzący donikąd. W środku lasu. Zupełnie niechcący pod koniec dnia trafiliśmy na podjazd jak żywcem wycięty ze Skandynawii. Coś pięknego. Tak to już tutaj jest.

_PTR5076

Daliśmy sobie jeszcze jeden dzień na poszukiwania. Dobrze zrobiliśmy. Wjechaliśmy głębiej w góry, dalej od Calpe i morza. I odkryliśmy podjazd niemal idealny. Ukrytą sztajfę o jakim marzy każdy kolarz. Wąsko, stromo i kręto. Jedna patelnia za drugą. Tniesz jedną po drugiej jakbyś brał właśnie udział w Vuelta a Espana, w zamkniętym ruchu, przecież nikt tutaj nie będzie jechał samochodem, bo po co, ta droga prowadzi donikąd. Ale żeby się o tym dowiedzieć musisz pokonać niezliczoną ilość serpentyn i spory kawał przewyższenia. Odkryliśmy małe Angliru.

_PTR5117

Prawdziwe Angliru musi być niesamowite i z pewnością ten podjazd nie może się z nim równać pod wieloma względami, oprócz jednego. Ten właśnie odkryliśmy. I owszem, znowu na własne życzenie wpakowaliśmy się na niesamowitą stromiznę. Purito Rodriguez zapewne czułby się tutaj jak ryba w wodzie. Niestety, żaden z nas akurat nim nie jest. Trudno, i tak wszyscy prędzej czy później docieramy na szczyt. Po panoramę ogromu otaczających nas gór, wyglądających jak pogniecione kartki papieru, inaczej niż gdziekolwiek indziej. Po kolejne trofeum i zastrzyk zachwytu. I wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że cały czas przed nami jeszcze odkrycie najpiękniejszego ze wszystkich ukrytych podjazdów, w dodatku na sam finał rundy, którą przejechaliśmy kolejnego dnia.

_PTR5516

ROADTRIP

Odkrywanie ukrytych sztajf potrafi wciągnąć. Ale prawie wszystkie, jak zachwycające by nie były, mają jeden minus. Prowadzą donikąd, jesteś zmuszony wrócić tą samą drogą. Taka jazda to nie jest to o czym marzą kolarze, kolarze kochają rundy. My też. Właśnie dlatego na sam koniec postanowiliśmy zrobić potężną rundę. Zrobić jeden z tych treningów, który na dłużej zagości w naszej pamięci.

_PTR4358

Plan był prosty – w ciągu jednego dnia przejechać wszystkie legendarne podjazdy w okolicy. Podczas jednej rundy zaliczyć wszystkie najbardziej znane podjazdy tego rejonu. Dokładnie te, o których wszyscy trenujący tutaj wiedzą i za punkt honoru stawiają sobie zrobienie treningów na każdym z nich, na każdy rezerwując oddzielny dzień. A my nadal jesteśmy niecierpliwi, łapczywi, chcemy je wszystkie, naraz.

_PTR4838

Nie ma nad czym się zastanawiać. Rzucamy okiem na mapę po raz ostatni, dopychamy się owsianką z kradzionymi pomarańczami, wypijamy ostatni łyk porannej kawy i ruszamy. Zaczyna się wielki dzień. Jeden z tych na którego wspomnienie możesz sobie pomyśleć, tak, zrobiłem w życiu kilka naprawdę fajnych rzeczy.

_PTR6200

Ale wcale nie zaczyna się jakoś spektakularnie. Na dzień dobry postanowiliśmy wjechać najdłuższy i najwyższy szczyt w okolicy. A żeby do niego dojechać byliśmy skazani na dojazd nadmorską drogą do Benidormu. Drogą niezaprzeczalnej urody, w końcu ciągnącej się tuż przy morzu śródziemnym, ale też drogi zapchanej do granic możliwości przez samochody. To jest taka śmieszna przypadłość okolicy, że na drogach łączących turystyczne miasteczka jest zawsze multum aut, ale wystarczy tylko skręcić z niej w jakąkolwiek boczną drogę i wtedy, pach! – samochody niemal znikają. Nadal jesteś w turystycznym rejonie, ale jeśli tylko chcesz, możesz w kilka chwil przenieść się w zupełne odludzia. Najłatwiej to zrobić skręcając na drogi prowadzące prosto w góry.

_PTR5204

Więc czym prędzej skręciliśmy. Ledwo zostawiliśmy za sobą pierwsze większe miasteczko, Finestrat, cała droga została już tylko i wyłącznie dla nas. Już do końca dnia. Tylko my, szosa i góry. A na początek podjazd do nieba. Przełęcz Port de Tudons to jak brama między morzem a górami. Ruszasz niemal dosłownie z plaży żeby znaleźć ponad tysiąc metrów ponad poziomem morza, a potem zjechać już na drugą stronę, w prawdziwe góry.

_PTR5414

To tutaj jechała Vuelta a Espana w 2009 kiedy na mecie w Aitanie wygrywał Damiano Cunego. Nam dziś nie będzie dane tam wjechać. To teren wojskowy, zamknięty na trzy spusty. Trudno, i tak mamy co jechać. Na szczęście nie jedziemy w Vuelcie. Nie ścigamy się, ale tempo i tak trzymamy solidne. Atmosfera sprzyja, co chwilę ktoś rzuci żartem, rozmawiamy o byle czym i jest wesoło, ale nie trudno wyczuć jak każdy jest podekscytowany tym co robimy. Nasz pierwszy kilometr w górę mija nam ot tak, niezauważenie.

_PTR5330

Czeka na nas nagroda, kręte, niekończące się zjazdy. Kolarski park rozrywki. Dla zabawy zamiast zjeżdżać główną szosą, skręcamy na boczną, wąską drogę, która prowadzi mniej więcej w to samo miejsce. Teraz mamy niemal zupełną pewność, że nic nie wyjedzie z naprzeciwka. Możemy popuścić wodze ostrożności, składać się w patelnie, ciąć zakręty. Czysta przyjemność z jazdy. Na którą zasługujesz pokonaniem długich, męczących podjazdów. Dwa uzupełniające się elementy, dzięki którym jazda daje tyle satysfakcji.

_PTR5435

Ale zjazdy kończą się szybko, podjazdy mijają powoli. Kolejny który nas czeka to Puerto Confrides. Piękny podjazd, z patelniami wśród pięknych gajów migdałowca który właśnie zakwita na różowo, z drogą zawieszoną na zboczu góry która otwiera widok na dolinę i górskie pasmo które właśnie przeskoczyliśmy.

_PTR5476

6 km, całkiem momentami sztywnego podjazdu dla Hiszpanów jest na tyle małą hopką, że na szczycie nie stoi nawet żadna tabliczka. Nie szkodzi, nie o to chodzi. Ta przełęcz to początek kolejnej stacji kolarskiego rollercoastera. Przed nami 30 km non-stop w dół. Z początku przez szeroki wąwóz gdzie już z daleka widać czy zza zakrętu nie wyjdzie samochód. Oczywiście nigdy nie wyjeżdża. Po prostu łapiesz za dolny chwyt, puszczasz hamulce i dajesz się ponieść prędkości. Im dalej w dół tym zakręty ciaśniejsze i liczniejsze. Przerzucasz tylko rower, z lewej na prawą, z prawej na lewą. Przez 30 km. Gdyby poszukiwać wyznaczników perfekcyjności szosy to z pewnością ważnym punktem musiała by być liczba zakrętów. Tutaj jest ich niekończąca się ilość.

_PTR5388

Minęły 4 godziny, droga znowu zaczyna prowadzić stromo w górę. Kolejny cel, przełęcz Bixauca (czyt. bisiałka) Każdego z nas powoli dopadają małe kryzysy, ale wszystkich przy siłach trzyma świadomość, że niedaleko przed szczytem czeka na nas przerwa w Tarbenie. Małej wiosce gdzie na pewno znajdziemy lokalną kawiarnię. Póki co musimy do niej dojechać.

_PTR6284

Podjazdem kompletnym. Gdzie na początku czekają ciasne patelnie, a kawałek później zapierające dech w piersiach widoki na wielkie przestrzenie w oddali. Podjazd jest długi ale nikt nikogo nie zostawia w tyle, razem dojeżdżamy do Tarbeny. Odnajdujemy kawiarnię i z ulgą zasiadamy do stolika na słońcu. Hiszpańskie odludzia, poza tym, że są wolne od samochodów mają też jedną cechę która z pozoru może się nią nie wydawać, ale fakt faktem jest wielką zaletą. W żadnej z tych górskich wiosek nie znajdziesz sklepu ani stacji benzynowej. Miejsc gdzie automatycznie zatrzymujesz się po puszkę coli i batonika kiedy tylko dopada Cię kryzys. Tutaj nie masz wyboru, musisz stanąć w lokalnej knajpce. Zamówić cafe cortado, a do jedzenia tostadę czy bocadillo. I bez pośpiechu rozsiąść się przy kawiarnianym stoliku. Na dłuższą postój. Tacy już są Hiszpanie, nie znają pojęcia pośpiechu. Nawet jeśli my chcielibyśmy po prostu wypić kawę, zjeść tostadę i jechać dalej, to wyraźnie czujemy, że nam nie wypada. Spędziliśmy w Tarbenie sporo czasu, jak rodowici Hiszpanie.

_PTR6291

Po czymś takim nie jest łatwo ruszyć pod górę. Nie jedzie się dobrze. Ale szybko o tym zapominamy, bardziej głowę zaprząta to gdzie się znaleźliśmy. Bixauca to przełęcz spory kawał od morza, ale które nadal widać z jej szczytu, który po drugiej strony prowadzi na księżycowy płaskowyż. Niezwykły kontrast, z jednej strony kompletnej dziczy, a z drugiej niemal widocznych wszystkich nadmorskich kurortów ze swoimi przepełnionymi plażami. My wybraliśmy dzicz. Wpakowaliśmy się na płaskowyż krótkich, zabójczo stromych sztajf które szybko pozwoliły zapomnieć o ostatnim postoju.

_PTR6295

Hopki wykańczają, ciało zaczyna szwankować, popełniamy głupie błędy. To nie jest dobry na to moment bo czeka nas najtrudniejszy dziś zjazd. Stromy jak ściana z ciasnymi nawrotami, pewnie gdybyśmy byli w świetnej formie byłby super zabawą. Nie jesteśmy, Karol przestrzeliwuje jeden z pierwszych z zakrętów ale jakimś cudem udaje mu się utrzymać równowagę na poboczu. To nie jest dobry moment na ryzyko. Zjeżdżamy spokojnie, do Castell de Castells.

_PTR6302

Jedziemy już ponad pięć i pół godziny, a przed nami najbardziej tajemniczy odcinek. Mała dróżka, którą ma nam pomóc przedostać się do kolejnej doliny. Mówili nam, że nie do przejechania na szosie. Nie mieli racji. Nawet nie wiedzieli ile stracili. Dróżka z początku szutrowa, zamieniła się w krętą asfaltową drogą poprowadzoną w niesamowitym kanionie. Definicja środka niczego. Z kawałkiem szosy po którym możemy jechać.

_PTR6106

Żeby po jakimś czasie dojechać do Vall d’Ebo. Górskiej wioski której nazwa służy też jako określenie podjazdu jaki do niej prowadzi. Niespecjalnie trudnego ale za to wyjątkowo pięknego. Nam było dziś dane nim zjechać. Szosą, z której niemal na całej długości roztaczał się widok na ciągnące się po horyzont sady pomarańczowe i morze w oddali. Na całej długości odgrodzonej od przepaści charakterystycznymi białymi murkami.

_PTR6037

10 km białych murków. O niebo łatwiej byłoby postawić metalowe bariery i mieć to z głowy, ale nie, Hiszpanie zbudowali za pomocą kamieni, betonu i białej farby coś co w zamyśle ma chronić kierowców, ale przy okazji, ciągnąc się jak biała nitka przy szosie tworzy niezapomniany widok, tak charakterystyczny dla hiszpańskich, górskich szos.

_PTR5963

Za nami już niemal wszystkie legendarne podjazdy w okolicy. Czeka nas jeszcze jeden, najpopularniejszy – Coll de Rates. Podjazd, na którym w szczycie sezonu zgrupowań robi się aż tłoczno. Na szczęście robi się już późno, raczej nikogo tam nie będzie. Pojedynczy kolarze których mijamy na dojeździe jedynie nas pozdrawiają, nikt tu nie siada bez pytania na koło, nie próbuje się ścigać. Prawdziwa kolarska kultura.

_PTR6005

Całe szczęście, bo mamy już za sobą 7h jazdy po górach i nie mamy na ani odrobiny siły na takie zabawy. Kilka hopek na dojeździe wysysa z nas ostatki sił i zanim ruszymy na ostatni podjazd musimy stanąć naładować baterie. Nie ma się co dziwić kryzysom, zafundowaliśmy swoim ciałom coś niezbyt naturalnego, nie ma się co dziwić, że się zbuntowały. Póki psychika się nie podda, wszystko jest w porządku. Uzupełniamy cukry ile tylko wlezie i ruszamy zdobyć to po co dziś ruszyliśmy.

_PTR5927

Każdy wie co oznacza finałowy podjazd, nikt już nikogo nie zagaduje, po prostu jedzie ile może, spotkamy się na szczycie. Ja odpadam jako pierwszy i z nogi na nogę jadę przed siebie. Im jestem wyżej, tym widzę więcej morza. I jeszcze raz przypomina się ten zabawny kontrast. Spędziliśmy cały dzień w górach, trzech chłopaków, samotnie pokonujących górskie pustkowia, kiedy z drugiej strony, nad samym morzem, na plażach tłoczyli się turyści popijający drogie drinki. Każdy ma swoje poczucie szczęścia, ale ja ani trochę im nie zazdroszczę, nawet teraz, kiedy umieram na tym podjeździe, bo wiem, że uczucie które czeka na nas na szczycie będzie zupełnie nieporównywalnie lepsze.

_PTR5724

Będzie. Bo teraz każdy został sam na sam z górą. I to nie jest do końca tak, że walczy ze sobą, walczy z głową i problemami w niej. Teraz to inny stan. Wpadasz w pewien automatyzm, w trans. Pracujesz całym ciałem, nogi już kręcą się same, równym rytmem. Jedziesz już tylko siłą woli. Jedni nazywają to walką ze samym sobą, dla mnie to górnolotne słowa, dla mnie bliżej temu do medytacji. Jesteś zupełnie odcięty od świata dookoła. Nogi kręcą korbami, Ty tylko kontrolujesz tor jazdy. I jedziesz dalej przed siebie. Nie możesz się zatrzymać bo już nie ruszysz. Bo po popularne Coll de Rates już dawno się skończyło, teraz droga stała się wąska i zabójczo stroma.

_PTR5530

Jesteśmy na Coll de Rates 2.1, definicji ukrytej sztajfy. Codziennie setki kolarzy przejeżdżają obok i żaden z nich nie wie, że gdyby spróbował sprawdzić co się kryje za krótkim kawałkiem szutrowej alejki tuż obok pozornego szczytu, to zaraz trafiłby na najbardziej magiczny podjazd jaki w życiu jechał. Zaledwie 2,6 km, średnio 11% nachylenia. Po betonie z wymalowanymi pośrodku żółtymi pasami. Nie wiadomo po co, w końcu szosa jest na szerokość jednego samochodu. Hiszpanie po raz kolejny w nieświadomy sposób stworzyli coś przepięknego dla nas, kolarzy.

_PTR5642

Droga wije się z początku ciasnymi serpentynami, zaraz potem długimi prostymi wprost do nieba. Nieodgrodzona przepaść wyolbrzymia ten widok. Gdzieś w jej dole leży wrak samochodu, ta droga okazała się dla jego kierowcy za trudna. To prawdziwa ściana, jedziesz zygzakiem żeby w ogóle poruszać się naprzód. Każdy ruch korbą trwa w nieskończoność ale wiesz, że szczyt jest coraz bliżej. Ostatnie patelnie, ostatnia ścianka którą już przepychasz tylko i wyłącznie siłą woli i jesteś u celu swojej drogi.

_PTR5593

Powoli za górami zachodzi słońce zabarwiając okoliczne szczyty na czerwono, wiatr cichnie, dzień się kończy. Trzech wymęczonych kolegów siedzi na szczycie góry wznosząc zwycięski toast za przygodę w jakiej właśnie wzięli udział. Wszystkie drinki z całego wybrzeża razem wzięte nie mają tak dobrego smaku jak to piwo które teraz piją. Nie muszą wiele rozmawiać, każdy czuje to samo wspaniałe uczucie które z głębi duszy mówi, że dla takich chwil jak ta warto żyć.

_PTR5683

  • Krzyś

    coś w tym jest, chce sie pojeździć tam i tam. kurcze.

  • Paulina Pacyfinka

    Świetny tekst, super zdjęcia (Trybalski robi robotę!). Powinieneś sobie zarobić na kolarską emeryturę nietuzinkowymi przewodnikami specjalnie dla kolarzy! :)

  • Szymon

    Z nudów wszedłem na fejsa i monotonnie scrollowałem, czytałem posty, które jeszcze bardziej mnie nudziły. Nie mogłem znaleźć nic ciekawego. Nagle pojawił mi się Twój post, Roadtripping Calpe. Pomyślałem, że i tak nie mam nic innego do roboty więc rzucę okiem, przeglądnę zdjęcia, a czytać nie będę, bo dużo tekstu, nie chce mi się.
    Spojrzałem na pierwsze zdjęcie, potem drugie. Od niechcenia przeczytałem wstęp. No i się zaczęło.
    Przeczytałem już trochę tego tekstu, patrzę na suwak – trochę tego jeszcze zostało. Nawet nie jestem w połowie. Ale nie przeszkadza mi to. W słuchawkach luźna muzyka. Czytam dalej.
    Każde kolejne zdjęcie zachwyca mnie coraz bardziej. Początkowo pomyślałem sobie, że ściągnę jakieś na tapetę, bo są niezłe, ale nie mogę się zdecydować. Każde kolejne jest lepsze od poprzedniego. Zaczynam je dokładniej oglądać, analizować. Doglądam szczegółów.
    Później wczuwam się jeszcze bardziej. Czuję, że też tam jestem, przeżywam to razem z Wami. Jadę sobie kawałek za Wami, nikt mnie nie pogania, a ja zachwycam się widokami. Niepowtarzalnymi, przepięknymi widokami.
    Emocje sięgają zenitu, czytanie kolejnych linijek stało się już naturalną czynnością. Zdjęcia już tylko pomagają mi wyobrazić sobie kolejne krajobrazy, przenieść się tam.
    I nagle strzał z plaskacza prosto w mordę, coś mi tu nie gra, coś jest nie tak. Aha, no przecież. Koniec. Przecież to był tylko Roadtripping, a ja przeniosłem się do innego świata. Kurczę, szkoda, że to już koniec. Fajnie było. Ale myślę sobie, że przecież mogę to przeżyć to jeszcze raz. Ale nie czytając kolejnego Roadtrippa. Przecież mogę wziąć swój rower, pojechać dobrze znaną mi trasę i skręcić gdzieś w bok. Gdzieś gdzie nigdy jeszcze nie jechałem. Przecież to chyba właśnie tak działa, co nie?
    Wielkie dzięki Szymon, Twoje teksty są niepowtarzalne. Mają w sobie to coś. Zafundowałeś mi zajebisty wieczór. Pozdro.

  • Zaczytałem się… Dzięki za tak barwny i pełen emocji tekst! Toast za Was wszystkich!