Written by szymonbike

Roadtripping Tirol Wersja Polska

Roadtripping Tirol Wersja Polska by szymonbike

Wspinasz się po serpentynach całą wieczność, zjeżdżasz jakby droga w dół miała się nigdy nie skończyć, a wokół Ciebie sroży się niezliczona ilość ośnieżonych szczytów. Spróbuj sobie wyobrazić idealną drogę dla szosowca. Ta pewnie byłaby pewnie bliska temu obrazowi.

Niemal każda na którą tutaj trafisz. Jesteś w sercu kolarskiego świata. W Alpach. Dla mnie, to spełnienie jednego z marzeń. Być tutaj z rowerem, latem. Od kiedy poznałem nowy smak jazdy na szosie, niezmącony cyferkami na kierownicy czy planem treningowym z tyłu głowy, wiedziałem, że prędzej czy później będę musiał tutaj wylądować. Zasmakować tych najbliższych kolarskiej kulturze, legendarnych gór.

I oto jestem. Jesteśmy. Nową ekipą. Jest Dominik z którym już nie raz miałem okazję przejechać potężne, całodniowe tripy. Niezmordowany, małomówny i kochający naturę. Właściwy człowiek na właściwym miejscu. Jest też Jarek. Expro od dwóch dni. Na chwilę przed wyjazdem przejechał możliwe, że swój ostatni wyścig w karierze. Karierze w której zjechał pół świata po wyścigach. Teraz zdjął z kierownicy prawdopodobnie pierwszy raz od dawien dawna, komputerek od pomiaru mocy. Tym razem będzie mieć okazję zasmakować swojej dyscypliny którą żył tyle lat, zupełnie inaczej.
Tak jak my wszyscy. Jest środek sezonu a my sobie beztrosko odstawiamy na bok całą ścigancką otoczkę. Bez ograniczeń z planów treningowych, przykazów z mierników mocy i pulsu. Odkrywamy kolarstwo szosowe na nowy sposób.

po4-1
 

Powiedz kolarzowi o Alpach, zapewne pojawią mu się przed oczami wszystkie przełęcze z Tour de France. Tym bardziej, że akurat jest lipiec. Tour rusza za kilka dni. Karawany kamperów, rzeki kolarzy ruszają właśnie do Francji. Ale nie my. Nas tam już nie potrzeba, wystarczy tam tłumów. Alpy to nie tylko Colsy z Touru. Jest jeszcze multum destynacji do wyboru. My wylądowaliśmy w Tyrolu. Krainie na pograniczu Austrii i Włoch. Która o niebo więcej wspólnego ma z narciarstwem, niż z kolarstwem. Tym lepiej dla nas. Okolica, mimo wakacji, jest dość opustoszała, żadne tłumy turystów, czy sznury aut nie rozpraszają od cieszenia się górami.

Mamy dwa dni na powitanie gór. Dwa dni na przyzwyczajenie nóg do niekończących się podjazdów i poznanie na spokojnie okolicy zanim ruszymy na właściwego roadtripa. Z punktu widzenia kolarza zmęczonego jazdą po płaskich jak naleśnik okolicach Warszawy, góry jako takie stanowią jeden obraz. Jak się później okazało, każdego dnia czekało nas coś zupełnie innego. Nie zaplanowaliśmy żadnych konkretnych tras. Nie chcieliśmy sobie zepsuć tego, co smakuje najlepiej, doświadczenia odkrycia wspaniałej szosy po raz pierwszy. Na sam początek znamy tylko jedno, magiczne hasło – Hochenstrasse. To wszystko czego tutaj potrzeba.

po4-2
 

Bez trudu ją znaleźliśmy. Trafiliśmy na Zillertal Hohenstrasse. Ledwo wyjeżdżamy z miasteczka, zostawiając za sobą cywilizację, trafiamy na wąską na szerokość samochodu szosę, prowadzącą właściwie donikąd. Bo to nie jest typowa szosa, wylana po to, żeby połączyć jedna miejscowość z drugą. To szosa z kategorii prezentów dla nas, kolarzy. Rzucona gdzieś po zboczu góry, wijąca się bajecznymi serpentynami z widokami nie z tej ziemi. Nie pozostaje nic innego jak się tym napawać. Cieszyć wspaniałą pogodą i wykrzykiwać raz po raz “wow” wyjeżdżając zza zakrętów po kolejne widoki, czy rozglądając chociażby z kawiarni na ponad dwóch tysiącach metrów. A potem krętymi zjazdami, z ciasnymi zakrętami na wąskiej, pustej szosie. Poczucie zachwytu zmieszane ze strzałami adrenaliny. Niekończąca się zabawa. Kolarskie wesołe miasteczko. Podjazdy i zjazdy, zmęczenie, skupienie i satysfakcja. Pierwszy dzień mija nam perfekcyjnie.

Drugiego czekało nas coś zupełnie innego. Zamiast palącego słońca, czekała na nas niekończąca się ulewa, zamiast nieznośnego upału, przejmujące zimno i zamiast widoków, gęsta mgła. I wcale nie znaczy to, że to był gorszy dzień. Bo jest w górach podczas złej pogody coś takiego, że trudno nazywać ją złą. Parujące góry, po części ukryte w chmurach tworzą wyjątkową atmosferę. Drugiego dnia wyruszyliśmy z Imst. Atakujemy przełęcz, sami nie wiemy jaką. Nie szkodzi. Jakie to ma zresztą znaczenie, po prostu cieszymy się podjazdem. Drogą w środku parującej góry. Rzuconą w połowie wysokości zbocza ogromnego wąwozu. Od przepaści dzieli nas drewniana barierka, dalej, za przepaścią, po drugiej stronie paruje sąsiednie zbocze. Ciężkie chmury, gęsta mgła, zacinający deszcz i Jarek umilający nam czas opowieściami z czasów bycia prosem. Nie widać co jest za zakrętem, ani tym bardziej jak daleko do szczytu. Określenie epicko jest jak najbardziej tutaj na miejscu.

po4-3
 

Każda góra ma swój koniec, w końcu do niego trafiamy. Jest przeraźliwie zimno. Jedyny spotkany tu turysta jest ubrany jak na wyprawę polarną. My też staramy się odziać. Dominik zakłada nogawki na zjazd, ale Jarek twierdzi, że w lipcu nie wypada tego robić. Dobrze, skoro pros tak mówi to nie może być inaczej. Zakładamy więc tylko pelerynki i ruszamy w dół. Nie wiem jak wysoko wjechaliśmy, ale zjazd ciągnął się w nieskończoność. I wcale nie dlatego, że jechaliśmy powoli. Ależ skąd. Zaraz skończyłyby nam się klocki. Zjeżdżamy jak Kamikaze. Trafiliśmy na prawdopodobnie jeden z najpiękniejszych zjazdów mojego życia. Z idealnym asfaltem, profilowanymi zakrętami i długimi odcinkami łuków na których wyraźnie widać czy coś jedzie z naprzeciwka. A kiedy pogoda jest taka jak dziś, i nie jeździ nikt, cała droga jest dla Ciebie. Właściwie to jedziesz niemal na wprost, a to droga wije się wokół Ciebie. Na samym dole, tylko wymieniliśmy porozumiewawcze spojrzenie, o tak, gdyby tylko było sucho to byłby cholernie szybki zjazd. Trudno, jeszcze będzie na to okazja. Podczas Roadtripa.

Innsbruck, serce Tyrolu. Słońce powoli wyłania się zza gór, dla większości rozpoczyna się kolejny, normalny dzień. Ale nie dla nas. My zbieramy się do zrobienia tego po co tu się właśnie znaleźliśmy. Do przejechania Roadtripa. Spędzimy cały dzień kręcąc, w poszukiwaniu tego wszystkiego, czego nie da opisać się słowami. Pół dnia spędzimy we Włoszech, ale zaczniemy i skończymy w Austrii. Wytyczenie trasy w Alpach to nie taka znowu łatwa misja. Drogi prowadzone są od doliny do doliny a przełęczy nie ma znowu za wiele. Ale udało się. Na mapie całość wygląda niepozornie. Nic dziwnego, mapa jest płaska. A płasko to dziś nie będzie. O nie.

po4-4
 

Na dzień dobry, Brennerpass. W porównaniu do tego co nas dziś czeka, to lekka rozgrzewka. Ruszamy w dobrych humorach, wsłuchując się w opowieści Jarka o życiu domestique dla naszych dawnych idoli. Ale tylko przez krótką chwilę, bo rozmowę przerywa wiatr bezlitośnie wiejący nam prosto w twarz. Z lekkiego podjazdu urządza nam batalię o każdy metr. Chcąc, nie chcąc ustawiamy wachlarz i zaginamy się jakbyśmy właśnie uciekali przed peletonem. Dominik robi co może, ja daję zmiany po kilka sekund i odbijam jak na torze, właściwie jedynie Jarek robi robotę, inaczej wywiałoby nas z powrotem do Innsbrucka. Po ciężkich bojach wjeżdżamy na pierwszą dziś przełęcz. Która nią nie jest. Zamiast szczytu, urocze miasteczko, Brennero. Ale na coffeebreak’a jeszcze za wcześnie, nikt nawet o tym nie myśli. Wszyscy marzymy tylko o tym, żeby uciec przed tą wichurą. Na zjeździe nam nie odpuszcza. W przeciwną stronę pewnie byśmy się nachapali worka KOMów. Ale nam to zwisa, jedziemy po coś wartego wiele więcej. Ostatni już dziś raz ciśniemy sobie po zmianach, wypatrujemy drogowskazu na Jaufenpass i czekamy na główne danie. Zaczynają się prawdziwe góry.

Góra od samego podnóża łapie Cię za gardło i sprawia, że dyszysz jak parowóz. Ale nic to, przecież tego właśnie chcieliśmy. W pewnym sensie mamy ubaw. Tym bardziej, że zostało nam już tylko 100 km. Wydaje się, że mamy blisko. Nie spieszymy się, słońce jest wysoko, nic nas nie goni. Za to stromizna trzyma nas nieubłaganie. Wspinamy się mijając krowy przeżuwające trawę w podobnym tempie w jakim my kręcimy korbami. Niektóre pociągną obojętnym wzrokiem za trójką wymęczonych kolarzy, może i mają nas za idiotów, w końcu o ile łatwiej byłoby położyć się na tej polanie. Podobnie pewnie myślą sobie mijający nas motocykliści którym wystarcza kręcenie manetkami. Całe chmary motocyklistów. Jaufenpass to góra tor wyścigowy. Nikt nie jedzie sobie tutaj ot tak, napawając się naturą, widokami. Wszyscy piłują swoje maszyny do granic możliwości. Dla nas to niezbyt przyjemne towarzystwo, co chwilę musimy się oglądać, uważać na patelniach które tną niemiłosiernie. Ale jestem w stanie ich w pewnym sensie zrozumieć. Też się tutaj znaleźli z podobnych powodów co my.

po4-5
 

Prawie półtorej godziny zajmuje nam pokonanie drugiej dziś przełęczy. Tym razem zamiast wiatru, stromizna. Niemiłosiernie długi podjazd z jednym jedynym momentem wypłaszczenia, na sam deser. Końcówką na ogromnej hali, gdzie kończą już się drzewa, pozostaje tylko wielka, zielona polana i wijącą się po niej nitką szosy. Kilka serpentyn i jesteśmy na Passo Giovo, na 2094 metrach. Kawiarenka na szczycie jest cała wypełniona motocyklistami. Rozgadanym tłumem gości po których widać, że coś ich już gna gdzieś dalej. Role się zamieniły, teraz to my możemy popatrzeć z pobłażaniem. My tę górę zdobyliśmy, z satysfakcją możemy nabrać głęboko powietrza i nacieszyć się widokiem. Więc to robimy. I zaraz zbieramy za zjazd. Jaufenpass od południowej strony to szosa malownicza aż do przesady. Niemal cały czas otwarta na ogromną dolinę w dole i wyrastające z niej kolejne pasma gór. Uczta dla oczu. No chyba, że akurat zjeżdżasz w dół, w towarzystwie zawodnika który dobrze wie jak to się robi. Zapomnij o rozglądaniu się dookoła, tu nie ma miejsca na dekoncentrację. Tym bardziej, że zaraz z tyłu może pojawić się kolejny motocyklista. Z naprzeciwka nadlatują ich cała masa. Z tyłu jednak ani jeden, mimo ich wielkich silników i jeszcze większych tarcz hamulcowych, nikt zdołał nas prześcignąć. Pół godziny czystej, kolarskiej ekstazy.

Jest w Alpach pewnego rodzaju prostota. Są doliny i przełęcze, są podjazdy i zjazdy. I już, to wszystko. Prosta staje się chociażby kwestia przystanków, coffeebreaków. Masz tylko dwie możliwości, albo na szczycie, albo w miasteczku u jego podnóża. My już tych okazji przegapiliśmy za wiele, tej już nie możemy. Te góry wysysają z człowieka każda kalorię, nawet nie wiesz kiedy dopadnie Cię kryzys. Zatrzymujemy się San Leonardo, typowo tyrolskim, uroczym miasteczku. Gdzie znalezienie kawiarni to żadne wyzwanie. Rozsiadamy się rzecz jasna, jak na kolarzy przystało, przy dobrej kawie, zajadamy się apfelstrudlem, jest miło i nieśpiesznie. Ale każdy już jest trochę wymęczony, zamiast po kawałku ciasta, pewnie wolałby po całym na głowę. Pewnie też dlatego, że wszyscy wiemy, że jeszcze kawał gór przed nami. Więc pakujemy w siebie cokolwiek nawinie nam się pod ręce i ruszamy zdobywać kolejną przełęcz. Zaczynają się schody, właściwie to na nie wracamy, tyle, że stają się one coraz bardziej strome i ciągną się coraz wyżej i wyżej.

po4-6
 

Ruszamy z doliny, zadzierając głowy do góry, ku ośnieżonym szczytom. Jeden z nich jest naszym celem. Przed nami prawie 2 kilometry w pionie, 30 w poziomie, na raz, za jednym zamachem. Timmesjoch, Passo Rombo. Niewiele to pewnie mówi przeciętnemu kolarzowi. Ale tak naprawdę, ten podjazd nie ustępuje pod wieloma względami tym najbardziej osławionym, legendarnym przełęczom. Zaczyna się niepozornie, ale już pierwsze serpentyny, ciasne zakręty i sztywne momenty dają jasny sygnał naszym nogom, że ta góra nas zaboli jak mało co wcześniej. Ale takie już jest kolarstwo. Nie deliberujemy nad tym. Jedziemy swoje. Jarek znowu zaczyna snuć swoje fascynujące historie. O treningach razem z Simonim, Piepolim czy Szmydem. O tym jak woził bidony dla Cunego czy Ballana, jak nadawał tempo dla swoich liderów. Wsłuchujesz się w każde słowo i wyobrażasz te sceny przed oczami. I nagle lądujesz na kole narratora i zupełnie jakbyś przeniósł się do tej historii, był jednym z jej bohaterów. Niby jedziesz na kole jak to na kole, niby walczysz z podjazdem tak jak zawsze, ale nie, to zupełnie co innego, tym bardziej Jarek potrafi to robić i to czuć wyraźnie.

Problem w tym, że to góra. Góra monstrum. I nawet najlepszy domestique na tej planecie na niewiele się tu zdaje. Ale czy o to chodzi, żeby jak najszybciej mieć to wszystko za sobą? Po pewnym czasie każdy jest zdany sam na siebie. We własnym rytmie, w ciszy i skupieniu pokonuje kolejne metry. Okolica pustoszeje, na niebie zaczynają się zbierać ciemne chmury. Nie mijają nas już ani motocykliści, szybkie samochody ani właściwie już nikt. Zostaliśmy na tej górze prawie sami. Droga na przełęcz jest wieczorem zamykana dla ruchu, a robi się coraz później. Timmelsjoch poza tym, że ciągnie się w nieskończoność i sięga nieba, ma jeszcze coś co kolarze kochają. Ciasne serpentyny, skumulowane jedne przy drugich. Niebo i piekło. Paradoksalnie, im wyżej i dalej, tym bliżej im do piekła. Ostatnie patelnie bierzesz już jak najszerzej to tylko możliwe, Twoje nogi dopraszają się litości ale Ty nie przestajesz bo dobrze wiesz, że warto wytrzymać do samego szczytu.

po4-7
 

Finałowa część Passo Rombo to umieranie za życia. Szosa wisi już niemal nad przepaścią, szczyty dookoła wydają się być na wyciągnięcie ręki, a Twoimi korbami kręcą już nie nogi, bo te dawno już podziękowały za współpracę, a siła woli. Nie wiemy dokładnie jak już wysoko jesteśmy, ani jak daleko jest do szczytu. Nie mam garmina ale widzę, że lasy zostały już daleko w dole a na poboczu powoli zaczyna pojawiać się śnieg. Żarty się skończyły. Tuż przed końcem czeka na nas długi, ciemny tunel który funduje nam strzał adrenaliny. Rozpędzamy się na jak na finisz. Łapię za dół i trzymam koło Jarka, który wcale nie ma zamiaru na nikogo czekać. Ostatni kilometr przelatujemy jak na końcówce królewskiego etapu jakiegoś Touru i zdobywamy przełęcz Timmelsjoch. Jesteśmy dwa i pół kilometra nad poziomem morza. Zupełnie sami na szczycie. Niebo już w całości zapełniły ołowiane chmury, wiatr gwiżdże donośnie. Zsiadamy z rowerów wyczerpani do cna i gapiąc na góry dookoła zajadamy tym co tylko nam zostało. Od samego początku jechaliśmy ze świadomością, że Passo Rombo mogłoby być finałem Roadtripa, że to mógłby być nasz plan B. Właśnie ta świadomość nie pozwala nam tego zrobić. Nikt nie miał wątpliwości, że pojedziemy dalej.

W dodatku, co gorsza, przegapilibyśmy też niezapomniany zjazd do Sölden. Najszybszy zjazd mojego życia. Nie wiem ile jechałem. Dominik, który jako jedyny miał dziś licznik mówił, że byliśmy dla niego znikającymi punkcikami. Maks wyszedł mu 99 km/h. Odbiliśmy sobie z Jarkiem zjazdy z drugiego dnia. Na podjeździe umieraliśmy, żeby na zjeździe ryzykować życie. I jeśli ryzykiem jest jechanie ponad sto na godzinę na oponach szerokości palca, to czym dopiero jest wyprzedzanie samochodów na ciasnych patelniach. Straceńcza pogoń za prędkością i emocjami. Chcieliśmy do samiutkiego końca wykorzystać ostatni dziś zjazd. Nie było ofiar, bawiliśmy się przednio. I na samym dole, w korku przed Sölden, mogliśmy uśmiechnąć się do tych wszystkich przerażonych kierowców, którym nie groziło absolutnie nic. Wszyscy pojechali w stronę miasta, my skręciliśmy ku górom, w drogę na lodowiec.

po4-8
 

Już od pierwszych metrów się zaczyna. Asfaltowa ściana. Długa na ciągnące się w nieskończoność 13 kilometrów. Jedynie gdzieś w połowie na krótką chwilę spuści z tonu, da Ci złapać oddech i kilka razy lżej zakręcić nogami. W miejscu bramek wjazdowych gdzie w narciarskim sezonie pewnie gromadzą się ogromne kolejki, dziś szlabany są podniesione i wokoło nie ma żywej duszy. Ötztaler Gletscherstrasse. Podjazd prowadzący na oblegany zimną lodowiec, latem jest absolutnie opustoszały. Teraz jak jak zarezerwowany tylko dla nas trzech. Cała szosa tylko dla nas. Tniemy zakręty jak na wyścigu, kiedy robi się sztywno tropimy węża od prawej do lewej. Wielkie tablice odliczają kolejne patelnie i pokazują jak wciąż jesteśmy nisko w porównaniu do szczytu. Ale mozolnie się wspinamy. Dominik niemal od razu łapie swój rytm i odjeżdża. Rozumiem go, o to tutaj chodzi. Jarek, chyba z przyzwyczajenia został razem ze mną. Ledwo mam siłę z nim rozmawiać, czuję jak odcina mi prąd. Stajemy przy górskim strumyku napełnić bidony wodą smakującą teraz jak marzenie i zaraz rozstajemy. Jarek zrzuca kilka ząbków w dół i rusza w pogoń za Dominikiem.

Od teraz już każdy sam na sam z górą oddaje się temu co jest esencją Roadtripów. Nie wiem co czuje Jarek, domyślam się co Dominik, ja właśnie wpadam w ten upragniony stan flow, kolarskiej medytacji. Droga prowadzi jeszcze długo do góry, krajobraz staje się coraz bardziej surowy, a niebo coraz ciemniejsze. Zbliżamy się ku finałowi w atmosferze której nie są w stanie opisać żadne słowa.

po4-9
 

Jesteśmy u stóp lodowca. Stok jest przykryty pokrowcem, wyciągi nie działają. Kompletnie wyczerpani stoimy samotnie na środku gigantycznego parkingu. Dookoła tylko góry. Było warto zrobić wszystko żeby się tu znaleźć. Nabieram głębokiego wdechu i szczęśliwy jak nigdy dotąd, napawam się tą magiczną chwilą.

 
 

 
© Tekst Szymonbike | Zdjęcia Piotr Trybalski