Próba

Życie to nie tylko nieprzerwane pasmo sukcesów. Nie oszukujmy się. Każdego z nas to w końcu dopada. I tak już jest. I w porządku.

Mnie dopada na przykład zawsze kiedy tylko wrócę do domu. Wiem, że to mało popularne podejście, ale ja na przykład od kochanego domku, wolę odkrywać sobie świat. Nie lubię marnować czasu. Dlatego zawsze kiedy wrócę, spisuję na kartce listę misji które muszę spełnić żeby znowu sobie gdzieś wyjechać i zamiast odpalić finał masterchefa czy inny breaking bad, zabieram się za ich odhaczanie.

Tym razem to całe odhaczanie przeciągnęło mi się do nieprzyzwoitych rozmiarów. Chyba od ponad miesiąca, dzień w dzień, powtarzam sobie, że to już końcówka, że już widać szczyt, zaraz zaczną się zjazdy. Ale nie. Ciągle pojawiają się kolejne misje, kolejne fakapy. Za każdym zakrętem sztajfa staje się coraz sztywniejsza. To jak jakaś cholerna próba wytrzymałości.

Wyobraź sobie na przykład, że masz w sobie trochę więcej polotu i zamiast praktycznego i pewnego passata 1.8 tdi, sprawiasz sobie jakieś stare, piękne auto bo ma o niebo więcej klasy, bo Ci się po prostu podoba. Tak żeby być bardziej mobilnym, że  zobaczyć więcej. Że sprzedajesz trenażer, dokładasz garść banknotów i je sobie sprawiasz. Razem z jego półmilionowym przebiegiem. Nagle pojawia się nieskończona lista misji i problemów do zrobienia z tym fantem. Że Twój rower jest w stanie agonalnym. Że nigdzie nie możesz znaleźć odpowiednich sterów. Że magicy którym wysłałeś nigdzie już niedostępne części do naprawy przestają odbierać telefony, a goście którzy zapewnili, że zakleją Ci pęknięte obręcze po ponad miesiącu oznajmiają, że jednak nie podołają tej misji. Wyobraź sobie, że gubisz tablice rejestracyjną i nową musisz wyrobić gdzieś daleko od domu bo tak sprytnie zarejestrowałeś sobie samochód. Że mechanik który obiecał się nim zająć zapadł się pod ziemię. Że kolejnego dnia zastajesz auto bez powietrza w kole. Że na dwa dni przed świętami Twój komputer wyzionął ducha i na szybko musisz szukać czegoś na allegro. Że następnego dnia w strugach deszczu jedziesz po niego tramwajem i musisz go owijać w worki na śmieci żeby nie zamókł. Że przez te awarie pakujesz paczki dziesięć razy dłużej i z całodobowych poczt wychodzisz nad ranem, żeby potem zgubić wszystkie potwierdzenia. Że zaraz potem pada Ci ten nowy komputer który znalazłeś na allegro. Wyobraź sobie scenariusz jakiejś czeskiej, czarnej komedii. W której to Ty jesteś bohaterem.

I najśmieszniejsze jest to, że wcale nie musisz robić tego wszystkiego. Nikt nie każe Ci jechać w świat. To wręcz jakieś fanaberie. Spójrz na innych, oni tego nie potrzebują. Hej! Zejdź na ziemię, po co sobie utrudniać życie na własne życzenie!

O ile łatwiej jest po prostu dać sobie spokój i wrócić do robienia tego co wszyscy. Zamiast zarywać kolejną noc, spuścić głowę i odpalić grzecznie trenażer. Zamiast latać za kolejnymi, sypiącymi się misjami, zostawić to wszystko i ruszyć potulnie na swoją niedzielną rundę. Zamiast ryzykować, wpisać sobie w kalendarz plan na najbliższy miesiąc i zaprogramować budzik. Jakie wszystko nagle staje się łatwe. Doskonale sobie to wtedy uświadamiasz.

I ta myśl zawsze powraca kiedy robi się już naprawdę ciężko. I to jest właśnie najlepszy czas żeby się najzwyczajniej w świecie poddać.

I to jest najcięższa próba. Próba na to, czy poddasz się strachowi, czy dalej, mimo wszystko, będziesz gonić za marzeniami.

Czy wybierzesz pewność jutra i bezpieczeństwo, czy dalej będziesz brnąć w to co niepewne i ryzykowne. Czy wrócisz do cieplutkiego pudełka z szybkim internetem, plazmą i sofą z ikei, czy po prostu będziesz mieć to gdzieś i zrobisz coś, co naprawdę masz szczerze ochotę zrobić.

A wycofać możesz się bardzo zgrabnie. Właśnie po to masz cały arsenał pięknie brzmiących haseł które pompują ego. Niby się poddasz w swojej misji. Ale wcale nie będziesz przegranym. Wystarczy zrobić dobrą minę do złej gry. Przecież możesz wyjść teraz na trening w deszczu i już będziesz bohaterem. Zawsze jak złapiesz gumę to podjedzie po Ciebie żona waszym wyleasingowanym passatem, przecież będziesz tak blisko.

Ale prawda jest taka, że to wszystko co tak bardzo imponuje całej Twojej społeczności, nie ma nic wspólnego z bohaterstwem. Wręcz odwrotnie. W pudełku jest ciepło i przytulnie. Internet jest szybki a kanałów ponad sto. Jutro pewne i bezpieczne. A granice wolności ustalane przez ratę kredytu i ilość urlopu w pracy. To Cię czeka kiedy podążysz za strachem.

Cierpienie na mrozie. Tyranie w piwnicach. Pocenie się na siłowni. To nic innego jak pójście na łatwiznę. Przykro mi. To wszystko zabawy w granicach Twojej strefy komfortu. Nic nowego, nic wyjątkowego, nic wspaniałego Cię tu nie czeka.

Prawdziwa odwaga to nie wyjście po raz setny na niedzielną rundę pokrytą lodem. To właśnie porzucenie tej rutyny. Tego co sprawia, że czujesz się pewnie. Podjęcie ryzyka. Taka jest prawda. Prawdziwie odważni mają odwagę olać cały ten orwellowski system i robić to na co naprawdę mają ochotę. A nie to, na co pozwalają im ściany pudełka.

To nie jest łatwe. Ani trochę. Ale jedno jest pewne, po drugiej stronie czeka coś o wiele wspanialszego. Wartego tego szaleństwa.

fot. Chris Burkard