Powód do dumy

Kiedy już doszczętnie roztrwoniłem całe oszczędności na bumelowanie na Teneryfie, przeniosłem się do Andaluzji gdzie podjąłem się fuchy przewodnika po tamtejszych górach.

Nawet sobie radziłem. Od czasu do czasu zabierałem kuracjuszy na wspólne wycieczki, robiłem im zdjęcia i było zupełnie miło. Aż do momentu kiedy przyleciała grupa rozkapryszonych Irlandek. Zabierałem je na rower i na piękne szosy ale w sumie nic im się nie podobało i jakiś czas po ich wylocie napisały zażalenie, że to źle i tamto niedobrze. I przewodnik też do niczego.

(…)Fourth, Simon was ok, but lacked the knowledge that we expected (and were paying for). He claimed that he never uses Garmin/Strava, and therefore was unable to tell us the length of a climb, gradient, distance to nearby town etc etc. He also didn’t always know where would be good to eat on our spins, and on the first day we actually ran out of food and water because nothing was open in the village where we stopped. He was also very impatient with us at roundabouts and on climbs. It never felt that our safety was his priority.

Właściwie wszystko tu się zgadza. Oczywiście grałem skruszonego, ale kiedy to czytałem to nawet się w środku uśmiechałem. Bo akurat z tego, że wyleczyłem się z potrzeby jeżdżenia dla cyferek, z garmina, trenowania i przejmowania tego typu nieistotnymi sprawami bardzo mnie cieszy. Poza tym po co wiedzieć te rzeczy na które się tak żaliły? Nie wiem.

Ale nic to, tym samym zostałem Najgorszym Przewodnikiem Hiszpanii. Właściwie to to sam się nim nominowałem. #szymontheshittyguide. Ale tak, tak było. I nie, nie z tego jestem dumny.

Tego samego tygodnia w Sierra Nevada akurat była sobie też grupka Polaków. Poznali mnie, przybili piątki, wzięli rowery, jakieś tam kaski i sobie poszli robić to co robić chcieli. Jeszcze nie wiedziałem co.

Po tygodniu wrócili nieludzko zmordowani. Uśmiechnięci od ucha do ucha. Od rana do wieczora jeźdźili po najpiękniejszych szosach żeby tylko jak najbardziej nacieszyć się miejscem w którym wylądowali, żeby jak najwięcej odkryć i najlepiej bawić. Jako jedyni kuracjusze zapytali jak się dostać na moją ukochaną górę Sierra Lujar. Roadtripy każdego dnia. Kolarze Romantyczni.

Niby robili dokladnie do samo co Irlandki, ale nie. Kiedy one były zawiedzone przez swoje dziwne oczekiwania, tamci chłopcy byli zachwyceni bo skupili się na czymś zupełnie innym. Zupełna odwrotność podejść. I na koniec podziękowali mi za inspirację. To było miłe.

Od tego tygodnia zacząłem baczniej obserwować ten kontrast. Brytyjczyków, Norwegów i Holendrów zapatrzonych w komputerki i podniecających się Stravą i z drugiej strony rodaków którzy tylko się z tego śmiali, którzy potrafili cieszyć się tym co jest, jeździć dla jeżdżenia samego w sobie.

Była w tym jakaś prawidłowość. Biedni Brytyjczycy czy Holendrzy najwyraźniej nie mieli u siebie żadnego odpowiednika Kolarstwa Romantycznego. Kogoś kto by zaburzył ten cały ład treningowo wyścigowy. Znali tylko jedno podejście do tej całej zabawy. Odbębniali swoje treningi żeby kolejne pół dnia porównywać swoje czasy na Stravie i czekać na kolejny trening który przebliży ich do jakichś tam startów. Mieli strasznego fioła na punkcie garminów, stref tętna i moc do wagi ratio. Bo przecież takie jest kolarstwo. I z drugiej strony Polacy którzy dziwnym trafem woleli jeździć do zachodu, rozmawiać o tym jak tu pięnie a nie jak piękne jest nowe Pinarello. Coś tam we mnie rosło.

We Włoszech gdzieś w środku niczego, na pięknych przełęczach kilka razy spotykałem rodaków. Którzy po prostu zabrali rowery jakie akurat mieli, dobrych kumpli i jeździli całymi dniami po górach, dla samego piękna tej jazdy i bycia w górach. Mówili z uśmiechem, że czytają i rozumieją. To było miłe.

Jakiś czas temu dobry kumpel mnie zapytał od niechcenia o coś co mocno zaryło mi się w pamięci. Czy ja naprawdę wierzę, że pisząc to co piszę przemówię do rozumu tym zatwardziałym ścigantom czy w ogóle komukolwiek. Odpowiedziałem, że tak. Inaczej nie byłoby sensu niczego pisać. Inaczej to by była strata czasu moja i innych, próżna rozrywka nie służąca niczemu.

Jakiś czas temu podjąłem tę ryzykowną decyzję i wypisałem się z tego biznesu. Kolarskiej śmietanki. Nie otaczają mnie już gwiazdy z telewizora, statystyki spadają a mi wiedzie się stosunkowo gorzej. Nie inspiruję już jak wszyscy do tego durnego progresu który ostatecznie sprowadza się do konsumpcji. Tylko do rzucenia tego wszystko właśnie w cholerę żeby robić sobie dobrze, czerpać radość z natury, czasu z przyjaciółmi, odkrywania, sami już zresztą wiecie, w końcu tylko o tym tu piszę. Żeby móc robić to, co robili Ci wszyscy wesołkowie których spotykałem i spotykam coraz więcej.

I to jest tak super. Że powstało z tego coś, co przedarło się przez ten mur konwencji, po mału tworząc coś nowego i ludzie zaczynają się tym bawić. Zamiast naburmuszać jak te szalone Irlandki. I myślę, że dzięki temu mam coś, czego ci wszyscy biznesmeni sobie nie kupią.

Być może jestem arogantem, ale myślę sobie, że chyba mam jakiś tam powód do bycia z siebie dumnym.

Szymonbike, kolarz romantyczny.