w czym piwko na szczycie jest lepsze od szampana na podium?

W niczym.

Absolutnie.

Jak można porównywać dwie wzniosłe chwile? To tak jakby spróbować porównać czy lepiej było Chrisowi Froomowi na podium po wygraniu Tour de France, czy powiedzmy, Bradleyowi Wigginsowi po pobiciu rekordu w jeździe godzinnej na czas. Przecież to absurd.

Nie możesz porównać czy lepiej po dotarciu do kresu swoich starań się ma Chris Froome czy Usain Bolt, Ronaldinho czy, nie wiem, Tony Hawk.

Każdy z nich podjął się jakiegoś tam wyzwania, podołał mu i wylądował w efekcie w tej magicznej chwili. To dosyć łatwe do zrozumienia. I nikt nad nikim się nie wywyższa, nie ma powodów żeby czuć się lepiej.

Ale co, kiedy zamiast relacji telewizyjnej na 76 kanałów, nagrody pieniężnej na pięć czy sześć cyfr i całej tej kolorowej i głośnej otoczki, jest tylko szczyt góry, zachodzące słońce i zimne piwko? To już przestaje być aż tak oczywiste. Bądźmy szczerzy, to Cię w ogóle nie przekonuje. W porządku, ja też, przez długi czas niczego nie kwestionowałem, też by mnie to nie przekonało.

W końcu ogromna większość z nas trafiła na ten sport i zaczęła się w niego bawić dzięki herosom wypatrzonym na jakimś wyścigu czy gdzieś w telewizji. Wszyscy znamy te sceny euforii podczas dekoracji, z oblewaniem szampanem hostess i doskonale wiemy, że to jest to i trudno pewnie teraz zrozumieć czemu niby byle piwko na górze miałoby się z tym równać.

Tak więc dobrze, to w czym szampan na podium jest lepszy od piwka na szczycie góry?

Tak samo, w niczym!

Każda z tych sytuacji jest piękna sama w sobie. Jest ukoronowaniem starań, nagrodą za trudy. Tak jak bosko czuje się Chris Froome, tak samo czuje się Usain Bolt, Ronaldinho czy Tony Hawk na podiach swoich zawodów. I tak samo właśnie czuje się też ktoś kto totalnie wypruty dotrze na szczyt ostatniej góry.
Czy to jest szampan na Polach Elizejskich czy piwko na szczycie Dalsnibby. Ta nagroda ukoronowanie starań. Dopóki były wyzwania, dopóki dążenia do ich pokonania były szczere i pełne pasji, dopóty ich finał będą tą najpiękniejszą z najpiękniejszych chwil. I dobra.

Tu nie ma nic do porównywania. Jest jednak między szamapanem na piwkiem jedna, delikatna różnica.

Pomijając już to, że żeby Chris Froome mógł w najlepsze rozlewać te strugi obrzydliwie drogiego szampana na prześliczne hostessy z obrzydliwie drogich agencji, potrzebne jest zgromadzenie kosmicznej wręcz ilości pieniędzy która nie bierze się znikąd, którą trzeba zarobić nakręcając gigantyczne koło konsumpcji, sprzedawania wszystkiego co Chris może zareklamować, zatrudnić masę ludzi od trenerów, jego pomagierów kolarzy czy lekarzy, aż po małe chińskie rączki które muszą naprodukować całe góry tego z czego pojawi się kasa na te drogocenne przygotowania do wzniosłego celu. Ale dobra pomińmy to.

Jest jedna, subtelna, aczkolwiek istotna różnica.

Otóż wyzwaniem i zarazem miarą sukcesu Chrisa Frooma jest to, ile osób zostawi za swoimi plecami. Po prostu. Najpierw lokalnie, potem coraz bardziej globalnie, po kolei zostawiając coraz większy tłumek tych, którzy tak samo jak on, dążą do tej pięknej chwili. Aż w końcu dotrze na najwyższe szczyty i zostawi za plecami już ostatnich herosów którzy tak samo jak on zostawili za plecami całe tłumy innych sportowców którzy o tych wzniosłych chwilach mogą zapomnieć.

Żeby jeden gość, jeden sportowiec mógł być przez tę jedną magiczną chwilę być kimś, całe mnóstwo, niezliczone ilości innych gości tym kimś zostać nie może. I mimo, że równie zaciekle dążą do tego sukcesu, pozostanie im jedynie obejść się smakiem. I nikt już o nich nie pamięta, zajęty oklaskiwaniem swojego triumfującego herosa.

Nikt już nie pamięta o gościach którzy tak samo jak on chcieli być na jego miejscu. Kłamią jeśli mówią, że wcale nie chcą wygrywać. Tysiące sportowców którzy tak samo jak on, sumiennie trenują i startują żeby kiedyś móc któregoś dnia coś wygrać. Gościach którzy też marzą o tym, żeby rozlewać tego szampana, ale akurat tak się złożyło, że przegrali, żeby on mógł wygrać.

Jeden wygrywa, tysiące jest przegranych.

Przecież to strasznie nieludzkie, egoistyczne podejście. Chyba lepiej by było gdyby było na odwrót? Czy nie? Jak w ogóle można promować coś tak oczywiście niedobrego dla ogromnej większości? Czemu zamiast tego, nie zacząć szukać sposobów, żeby więcej osób na tym świecie mogło poczuć się jak ten jeden heros, żeby to większość mogła być siebie zadowolona?

Może i jestem naiwny, może po tylu latach nabrałem odpowiedniego dystansu. Ale wiem jedno, są sposoby na to, żeby większości było dobrze. Żeby to wszyscy sobie razem wygrywali.
Po tylu latach przestało mi sprawiać radość to, że zostawiłem kogoś w tyle, większą daje mi to, że mogę pomóc komuś dotrzeć do tych wspaniałych momentów.

Więc tak sobie teraz myślę, może jednak zabieranie się razem z najlepszymi kumplami w góry, na wymagające tripy, to bardziej sensowne podejście? Tam gdzie każdy będzie mógł poczuć się zwycięzcą, podołać wyzwaniu jakie sobie postawi i poczuć się wyjątkowo.
Stuknąć butelką o butelkę kumpla którego wcale nie trzeba było pokonywać i pociągnąć triumfalnego łyka, tak jak zrobią to wszyscy na tej górze. W glorii i chwale.

To chyba ma większy sens. Czy nie?