Ostatni dzień

wyobraź sobie, że właśnie wróciłeś z roweru, leżysz na łóżku, wciąż w kasku, wciąż przebrany za kolarza. i jesteś tak wykończony, że rozważasz czy to już czas umierać czy może niekoniecznie.

jest dopiero 16, ale ty jeździsz dziś już od 10 godzin. wczoraj zmusili cię żebyś jechał wyścig, 130 km przez góry, przedwczoraj też nie było lżej.

jest tylko jeden szczegół. to twój ostatni dzień wyprawy w szwajcarskie Alpy. a ten hotel to Hotel Furka u podnóża przełęczy o tej samej nazwie, tej o której od tak dawna marzyłeś.
no właśnie, to co robisz?

ta wycieczka to wyjazd prasowy. a wyjazdy prasowe mają to do siebie, że mają bardzo skrupulatny harmonogram. wszystko jest rozplanowane niemal co do minuty, przez caly dzień, każdego dnia.
co za okroponość!

ostatniego dnia w planie było jeżdżenie po lokalnych restauracjach, a po południu wielka uczta i najsłynniejsze steki. ach! jak dobrze!
tyle czemu ulokowali nas w hotelu u podnóża najpiękniejszych przełęczy jakie tylko mogłem sobie wymarzyć? nie wiem.

program zaczynał się o 9 rano. pierwsze dwie godziny były przeznaczone na jedną z tych wspaniałych przełęczy. do wyboru, albo Grimselpass albo Furkapass. po nich był culinarytour. no bo ile można jeździć po tych górach. tak czy siak, dawało to pewne pole manewru.

spróbowałem zasiać pomysł wstania przed świtem, wjechania na Furkapass jeszcze przed wschodem słońca. kumple z wyjazdu popatrzyli na mnie jak na debila. pewnie i słusznie, ale nie zraziłem się specjalnie. po kolei każdego dopadałem na osobności i urabiałem jak mogłem.
zgodził się Timo. bo Timo jest fotografem i dobrze wie, że ta pora to złoto. cała reszta wybrała sen.

nigdy tego nie rozumiałem. tego marnowania okazji, odpuszczania szans lekką ręką. jakby wszyscy byli pewni, że na pewno będą kolejne i na pewno kiedyś to wszystko zrobią, ale nie, nie teraz.

nigdy nie zrozumiem czemu wciąż tak bardzo muszę przekonywać wszystkich że warto. wstać przed świtem. pojechać w góry. olać rozsądek. zaryzykować.

że od tego się nie umiera. że wręcz przeciwnie.

ale nic to. obudziłem się jeszcze w środku nocy, przed budzikiem, tak byłem napalony na to co ma się wydarzyć. zjadłem szybkie śniadanie i ruszyłem z Timo prosto w gęstą, poranną mgłę.
potem to już prosta historia krzyczenia z zachwytu, robienia miliona zdjęć i niewyczerpanej zajawki.

tak! obiekt westchnień, górskie marzenie, Furkapass. na wyłączność.

nogi bolały przeokrutnie. całe moje ciało robiło mi wyrzuty że nie dałem mu się wyspać. przez ostatnie dni chyba postarzałem się kilkadziesiąt lat. strasznie się wlokłem pod te przełęcze. powinienem jeszcze spać, odpoczywać.

zaraz o tym zapomniałem. kiedy tylko mgła opadła i odsłoniła to, po co nastawiałem budzik na 5 rano, po co wyszedłem pojeździć mimo, że nie powinienem, bo moje ciało przez najbliższe dwa tygodnie potem będzie jeszcze mi przypominać jaką krzywdę mu wyrządziłem. trudno. dusza też czasem musi się najeść.

słońce zaczęło wlewać się w dolinę aż w końcu wylazło zza góry. nie mogliśmy się doczekać. było zimno. powienem jeszcze leżeć pod kołdrą. albo pociągać łyka świeżej kawy z hotelowej restauracji. ach. a ja tylko ocierałem dłoń o dłoń próbując je rozgrzać.

gapiąc się na serpentyny Grimselpass z połowy podjazdu na Furkapass. uśmiechnięty od ucha do ucha. Timo kiwał głową, jakby też przeprowadził sam ze soba tą rozmowę i wiedział, że podjął dobrą decyzję.

lubię góry z miliona powodów. jednym z nich jest zjednywanie z ludźmi. normalni ludzie robią to za pomocą wódki, ale ja jej nie lubię. przyjaciół znajduję w górach. z Timo szybko się porozumiałem. bez słów.

zrobiliśmy góry zdjęć. przybiliśmy piątkę na szczycie Furki. i lekko spóźnieni zjechaliśmy tam, gdzie spotkaliśmy resztę ekipy, dla której dzień dopiero się zaczynał. też tam powinniśmy byli czekać, najedzeni i wypoczęci. ale my już właściwie mieliśmy dzień zaliczony. o 9 rano.

wjechaliśmy na Grimselpass. chłopcy rozochoceni podkręcali tempo. odgryzali się za wczoraj. powinienmbył ich wszystkich pozrywać ku glorii i chwale. ale już poranna euforia zaczęła opadać, zastępowana głodem i zmęczeniem.

ale hej, jestem na Grimselpass, kolejne przełęczy marzeń. dobre czasy. wyciągam aparat, najlepsze alibi na wykręcenie się ze ścigania. ale tu pięknie.

przewodnicy się na mnie wściekli. mieliśmy już wracać. po co kręcić się na tym szczycie. jedźmy już na dół, harmonogram goni.

powinienem olać te widoki i pognać za nimi, na tą wycieczkę po knajpach, przecież umieram z głodu. ale ach! jak tu pięknie. jeszcze jedno zdjęcie, proszę, ostatnie.

zostawiliśmy wielkie góry za sobą, zjechaliśmy do doliny, smakować specjałów. chłopcy przesiedli się na rowery elektryczne, ja podziękowałem, nie przemawia to do mnie.

kolejna znakomita potrawa i kolejny kufel piwa rozmywał skutecznie mój plan o jeżdżeniu do zachodu słońca. siedząc na tarasie, z widokiem i zimnym piwkiem. czy może być lepiej? przecież już się dziś dość najeździłeś szymon.

aż potem nastała ta godzina 16 i znalazłem się ledwo żywy na swoim łóżku.

wystarczyło mi pięć minut leżenia żeby popaść w wyrzuty sumienia. hej! przecież to ostatni dzień! decyzja jest łatwa.

wziąłem tylko zimny prysznic, zmieniłem ubranie, niby żeby się odświeżyć. ehe. super podziałało. nic to, jadę, zegar tyka. słońce nie będzie czekać tylko dlatego że jakiś tam szymon lubi góry.

spotkałem na korytarzu Timo, pokręcił głową z uśmiechem, ale widziałem, że sam chętnie by to zrobił. nie czekajcie na mnie z obiadem!

to coś czego żaden trener, żaden lekarz, żaden miłośnik nauki nie zdoła wyjaśnić. swego rodzaju doping. doping mentalny.

byłem totalnie bez sił, tak już naprawdę. ale kiedy tylko te słynne serpentyny, ten legendarny hotel, ten cały górski spektakl wyłonił się zza zakrętu nagle o wszystkim zapomniałem.

byłem tak zaaferowany tym co właśnie się dzieje, że w moim tunelu rzeczywistości zabrakło już miejsca na użalanie się nad tym jak to mi ciężko i jak bardzo boli mnie wszystko.

oparłem rower o barierkę pod Hotelem Belvedere. byłem sam, tylko to mi pozostało. podeszła miła pani z wycieczkowego autobusu i zapytała czy nie zrobić mi zdjęcia. ja ja, por favor. tu się naciska, ja przejadę niech pani trzyma ten guziczek wcisnięty. nie udało się tak jak prosiłem. zrobiła jedno zdjęcie. oh pardon! udało się? proszę pani, wyszło doskonale, merci!

ładne. ale przecież nie powinienem go mieć. powinienem teraz jeść tego wspaniałego, wielkiego, soczystego steka. pomrukując z zadowolenia i poklepując się po brzuchu.

kieszonki puste. nie miałem co zabrać ze sobą. trudno, została godzina jasności, przecież nie umrę. chyba.

jechać na szczyt? czy jeszcze dam radę? może już mi wystarczy. przecież na Furce to głównie chodzi o ten hotel. durne dylematy.

nie wiem, może to żaden wyczyn. są tacy którzy jadą amerykę wszerz i Polskę dookoła. ale ja nie lubię się hamować i jechać jak robot, kontrolując tętno i oszczędzając siły, bo niby na co? kiedy mam ochotę sobie przyspieszyć to sobie przyspieszę. może nie powinienem tego robić, byłbym świeższy i tak dalej. tylko wciąż nie wiem po co.

zacisnąłem zęby, dołożyłem do pieca. zdążyłem idealnie na zachód. słońce schowało się za szczytami i lodowcem. chmury zafundowały mi jeszcze dodatkowy spektakl na bis. natura w najwspanialszym wydaniu. ukoronowanie dnia.

chociaż, nie powinienem tego oglądać. powinienem zamówić jeszcze jedno piwko, może obejrzelibyśmy sobie jakiś meczyk. nawet bym nie wiedział co w międzyczasie się dzieje tam na górze.

oglądałem jakiś czas potem zdjęcia z tej ostatniej godziny. zacząłem się zastanawiać czy aby wszystko w porządku z moją głową. wyszło na to, że nie.

nie pamiętam na przykład żebym robił na przykład to:

nic to. podobno kiedyś, zanim jeszcze odnaleziono te wszystkie magiczne rośliny które obecnie traktowane są jako narkotyki, poszukiwacze doznań doprowadzali się do różnych stanów głodówkami.
może i u mnie to się zadziałało. przyspieszyłem tylko proces wygładzania ciała jazdą na rowerze. i niepohamowaną, wyczerpującą ekscytacją.

Nie jestem pewien czy to na pewno dobre co robię. Może lepiej bym zrobił gdybym siedział teraz na deserze razem z kompanami mojej wycieczki, śmiejąc się ze sztampowych kolarskich żartów, o silniczkach i dopingu. zamiast zjeżdżać samemu przez zupełnie opustoszałą górską przełęcz. przeżywając małą kolarską nirvanę.
jak jakiś psychol.

z przymarzniętym na dobre do twarzy uśmiechem zjechałem z gór, akurat zapadł zmrok. zero niedosytu. dzień wykorzystany tak, że bardziej by już się nie dało.
teraz jeszcze sobie wejdę taki umordowany do hotelowej restauracji, jak heros, i będę się tylko uśmiechał jak mnie zapytają czy wjechałem na szczyt, ha! a z resztą, wszystko już mi już teraz jedno, nic mi więcej nie potrzeba.

i wszedłem, z podniesioną głową, do tej restauracji. a tam pusto. nie ma kumpli. nie ma jedzenia. przepraszam czy nie ma kolacji? o nie, dziś nie, wszyscy pojechali busem do miasteczka daleko w dolinie na te słynne steki. ah, no tak, zapomniałem. dobranoc więc.

co ja tu mam, gadżety z wycieczki, paczka cukierków, butelka soku z lokalnych moreli. miały być na prezent. ale jak go komuś przekażę, skoro nie przeżyję. zjadłem dwie garście cukierków, wypiłem sok i położyłem się spać.

prawdopodobnie jako najbardziej głodny w kantonie Valais. pewnie też najbardziej szczęśliwy.

przez prawie dwa tygodnie dochodziłem do siebie po tym głupim wyczynie który żadnym przecież wyczynem nie był. w ogóle nie żałuję. ostatni dzień był dniem dobrych decyzji. chyba najlepszym dniem tego roku.