Cele jako efekt uboczny

Tylko rzucam myśl.

Co by było, gdyby wszystkie Twoje cele realizowałyby się jako efekt uboczny?

Po prostu. Przy okazji.

Czego sobie życzysz? Jaki cel obrałeś? Po prostu wyjdź na rower, wyjdź poćwiczyć to co ćwiczysz, tak jak lubisz, tak jak akurat masz ochotę. I niech te cele realizują się przy okazji.

Chcesz coś zrobić ze swoim ciałem? Schudnąć? Mieć wytopione łydy? Usprawnić wnętrzności żeby robiły więcej vo2max czy czegoś w tym stylu? Po prostu wychodź jeździć, jak żywnie Ci się podoba. I obserwuj efekty. Prędzej czy później to zrobisz, nawet się nie zorientujesz kiedy.

Chcesz coś osiągnąć? Ukończyć zawody? Zrobić nie wiadomo jaką formę? Być mocarzem i gierojem nad gieroje? Jeździj, jeździj jak najwięcej. Tak jak zechcesz. To wszystko przyjdzie z czasem.

Weź rower i na niego wyjdź. Obdzwoń kumpli, jak wolisz, to nie. Jak się trafią to się pościgacie, a może i wcale nie. I po prostu jeździj jak najwięcej. Sam sobie odpowiedz jak wiele. I nie myśl nad tym za wiele. Bo jeszcze wpadniesz w najgorszą pułapkę.

Bez rutyny, bez przymusu. Bez wymyślnych planów, urządzeń i nieskończenie długich przygotowań.

Wyobraź sobie tylko. Gdybyś nagle przestał poszukiwać coraz to bardziej wymyślnych rozwiązań, kontrolować wciąż przeróżnych wartości i ślepo podążać za tym co powiedzą Ci inni, tylko jeździł tak, ja Ci się żywnie podoba, to czy wciąż musiałbyś poszukiwać brakującej motywacji, czy ostatecznie nie zacząłbyś jeździć więcej i z większą przyjemnością?

Przestał wydawać każdy grosz na ulepszenia sprzętu, ubioru, trenerów, zamiast tego wyjeżdżał przy każdej okazji w góry, to czy ostatecznie nie wychodziłbyś na tym lepiej?

Gdybyś nagle zaczął się ścigać nie dla trofeów i chwały, tyko dla samej radości ścigania, to ile razy na mecie byłbyś zawiedziony i czuł niedosyt?

To brzmi pięknie, ale wszyscy dobrze wiemy, że tak się nie dzieje.

I dobrze wiem co sobie teraz myślisz. Te teksty o tym, że w ten sposób nic się nie osiągnie, czy coś w ten deseń. Przestań. To pułapka. I odpowiedź dlaczego właśnie dzieje się zupełnie odwrotnie.

Jak raz się dasz wpakować w podążanie za tą myślą, to po Tobie. Dostajemy podsunięte pod nos wspaniałe cele, wizje wielkich sukcesów. I potem w dążeniu do nich spędzamy ogromne ilości czasu na przygotowania do nich, na dążenia, często do nieosiągalnego.

My, amatorzy, mamy serwowane tylko końcowe efekty całych ogromnych procesów. Właczamy telewizory, otwieramy magazyny i internet, a tam uśmiechnięte od ucha do ucha twarze zwycięzców wielkich wyścigów i tego typu wizje. Dostajemy na tacy wspaniałe cele. A o całym procesie nie ma w ogóle mowy. Nikogo to nie interesuje.

I potem kończy się na tym, że pół roku trenujemy żeby zrealizować tę cudowną wizję. Mieć wytopioną i opaloną łydę, wjechać pierwszym na metę z podniesionymi rękami i odebrać całusy od seksownych hostess. Ah! Piękna wizja!

Ostatecznie wychodzi na to, że piękno kolarstwa które mamy podane na tej tacy, ogranicza się do tych kilku dni w całym roku. Kilku niedziel, finiszów kilku wyścigów które wybraliśmy sobie do wygrania. Tak jak i tysiące innych kolarzy goniących króliczka. Cała reszta, te pozostałe około 350 dni to tylko przygotowanie. To się nie liczy. W skrócie tak to wygląda. To wyjątkowo głupie podejście.

W tym wszystkim nie ma za grosz szacunku dla upływającego czasu.

Jakbyśmy posiadali go w nieograniczonych ilościach. A tak nie jest.

Jakbym Cię zaprosił do kina, na 5 minutowy, świetny film, działający na emocje i tak dalej, ale zastrzegł, że zanim się zacznie, przez 5 godzin będziemy oglądać reklamy, to czy byś na niego poszedł?

Gdyby ktoś obiecał Ci ogromny, złoty puchar, glorię, chwałę i trzy tysiące nowych fanów na Twoim fanpejdżu, pod warunkiem że przez najbliższe dwa lata będziesz mógł jedynie jeździć na jednej, małej rundce pod domem to czy byś się zgodził?

Na początku byłeś tylko Ty i Twój nowy rower. Nie wiedziałeś nic. Prosta sytuacja. Potem między Wami pojawiła się ta góra informacji zaserwowana przez najbardziej przedsiębiorczych członków naszej społeczności. I dzisiaj musisz mieć na kierownicy wielkiego garmina, najnowszy model pomiaru mocy, zgodny z aktualnymi trendami plan treningowy i wielki cel w wystarczająco odległym terminie żebyś zanim go zrealizujesz, a najlepiej to nie, stał się najlepszym konsumentem kolarskiej maszynki do zarabiania na nieświadomych amatorach. Tak to działa. I nikt tego zdaje się nie zauważać.

Ale może któregoś dnia, nie wiem, nawracając po raz nasty na okolicznej hopce żeby wykonać żmudne ćwiczenie, uświadomisz sobie absurd tego co robisz. Może jadąć na trenażerze trafisz na filmy osób które wyrwały się z tego schematu, nie wiem, na przykład Col Collective czy Thereabouts. I zrozumiesz, że zostałeś zrobiony w konia. Że pod przykrywką wspaniałych wizji, zabrano Ci Twoją indywidualność.

W każdej chwili możesz wrócić do tego stanu na początku zabawy. To tylko kwestia zmiany podejścia. Możesz podejść do kolarstwa z większym dystansem i poczuciem humoru. Wyobraź sobie tylko, zamiast czekać na finisz i puchary, zaczniesz po prostu cieszyć się ściganiem, a kiedy wyścigu nie będzie, będziesz cieszyć się jazdą, będziesz robić to co kochasz, w ilościach nieporównywalnie większych.

Jesteśmy amatorami. Mamy wybór. Możemy sobie zrobić z naszej pasji wspaniały ubaw. Wymienić te kilka dni w roku, na cały rok. To tylko kwestia uświadomienia sobie paru spraw, kwestia zmiany myślenia.

Tylko rzucam myśl. Może kiedyś zakiełkuje.