Dwie Majorki

Jeden wieczór. Jedna mała wioska gdzieś na środku Majorki. Bum bum. Dwóch chłopaczków na zmianę uderza jakimś starym pasem bezpieczeństwa o płytę parkingu, próbując zrobić z niego coś czym będą mogli podholować swoje stare, zepsute volvo. He he. Dwóch Norwegów ogląda kolejny odcinek jakiegoś sitcomu tak wysokich lotów, że w tle podkładany jest śmiech, na wypadek jakby widzowie nie załapali wybornego gagu. Ale dobra, od początku.

Processed with VSCOcam with hb2 preset

Nie wiem co ja robię na Majorce. Jakieś trzy dni temu wpakowaliśmy nasze stare rowery do starego volvo i ruszyliśmy na południe. Planu za bardzo nie było. Był ten Norweg któremu kiedyś wysłałem kilka skarpetek, a on napisał, żebym do niego wpadał, że będzie miał dla mnie miejsce. Uznałem, że to może być dobra historia. No i po trzech dniach w aucie stawiliśmy się w Lloret. Napisałem mu smsa, że hei hei, jesteśmy. Przetrzymał nas z godzinę zanim odpisał. Miał prawo być zaskoczony.

Ugościł nas przednio. Proszę bardzo, tutaj macie hasło do wi-fi. Tutaj będziemy sobie pogrywać w bilarda a tu w szachy. Spędzać miło czas po południu. Możecie tu siedzieć nawet do kwietnia. Sukces. Możemy uskuteczniać cel egzystencji każdego normalnie myślącego sportowca. Ride eat sleep repeat. To sobie uskuteczniamy. Albo rower albo łóżko. Na bieżąco z facebookiem, instagramem, twitterem, tumblrem, youtubem, stravą, serialami i filmami. Norwegowie już przywykli. Już nie ruszali bilarda. Rano rower, po południu do łóżka z laptopem. Dzień w dzień. Dobre czasy.

DCIM100GOPROG0295707. Processed with VSCOcam with b5 preset

Chwilę to trwało. Układne życie. Potem w volvo zapaliła się kontrolka ‘check engine’. I się zaczęło. Poznaliśmy Tonego, lokalnego mechanika. Potem Ismaela, laweciarza. Kilku innych serdecznych Hiszpanów. Zaraz potem norwegom się odmieniło i nas wyrzucili z mieszkania. Byliśmy bezdomni z zepsutym samochodem. Potem od couchsurfingu uratowali nas lokalni sklepikarze wynajmując nam na trzy dni swoje mieszkanko. Wkupialiśmy się powoli w lokalną społeczność. Coraz bardziej. Potem żeby podtrzymać dobrą passę pękło mi jarzmo od sztycy i sobie jeździłem z siodełkiem niziutko jakbym pretendował do skakania po hopach. To nic. Tony mechanik coś zaradził prowizorycznie i zafundował nam wycieczkę volviaczem w kolarskich ciuchach przez pół wyspy w poszukiwaniu gazu z wpisanym ryzykiem, że jak nam auto zgaśnie to po nas, utkniemy na środku pola. Potem auto znowu nie odpaliło kiedy trzeba było skoczyć na lotnisko i rozegrała się scena jak z filmu akcji z pościgiem pociągu na rowerach łącznie ze wskakiwaniem do niego w locie. Czy jakoś tak. Potem pół wsi zaangażowało się w nieudolne odpalanie na kable. Skończył nam się najem. Znowu zostaliśmy na chwilę bezdomni. Uratowali nas znajomi mojej mamy którzy akurat byli na Majorce. Coś razem próbowaliśmy zaradzić i prawie nam się udało, w ostatniej chwili posypał się rozrusznik. Przeszliśmy jednego dnia ze 20 km z misjami z kategorii beznadziejnych. Mechanik Tony załamał znowu ręce i wręczył nam jakiś stary pas bezpieczeństwa bo nie miał linki holwniczej. Ostatecznie Ismael przyjechał raz jeszcze ze swoją lawetą i odwiózł auto do mechanika. My się przepakowaliśmy i udaliśmy na prom. Game over.

Tak nam minął tydzień. Pod znakiem erorów i awarii. Opisanych w mocnym skrócie. Było momentami naprawdę nieprzyjemnie. Ale powtarzałem sobie, przecież ludzie od tego nie umierają. Żyjemy dalej. I co? I mamy teraz całkiem sporo historii do opowiadania. Poznaliśmy od groma wspaniałych ludzi o których poznaniu bez tej awarii moglibyśmy zapomnieć. Całe Lloret chyba już nas zna. Znamy miejsca gdzie można się zatrzymać na chwilę, albo i na dłużej. Nauczyliśmy się góry lokalsowych, majorkańskich odzywek czym zaskarbiliśmy sobie sympatię mieszkańców. Całodniowymi spacerami i bezdomnością wczuliśmy się jak nigdy w klimat tej wyspy. Właściwie to czuję się jakbym spędził tam z rok.

Jak tam kiedyś wrócimy to wchodzimy na gotowe. Będziemy mogli nadgonić wszystkie sitcomy które Norwegowie katowali przez ten tydzień. Wymienimy się opowieściami. I jestem pewien, że utwierdzę się w przekonaniu, że te dobre czasy, to całe poukładane życie to jednak straszna nuda. Odcinanie się na własne życzenie od świata. Złota klatka. A ludzie do tego tak usilnie dążą. Nudziarze. Chrzanić to. Niech żyją awarie! Niech się dzieje!