Coś nie tego samego

Nie wiem jak Tobie, ale mi jest zimno. Bardzo zimno.
Kiedyś jakoś sobie z tym radziłem. Wstawałem o 6 rano żeby zdążyć się ubrać na taką pogodę zanim zajdzie słońce. Albo odpalałem trenażer i oglądałem Twin Peaks i całego youtuba po kolei.
Robiłem tak przez wiele poprzednich lat. Nie pamiętam ile dokładnie, ale to nieistotne. To nie są wspomnienia warte magazynowania w głowie.

Teraz też sobie radzę. Trochę inaczej. Uwaga. Nie jeżdżę. Ha ha! Od powrotu z Włoch nie wyjechałem ani razu na niedzielną rundę. Nie wsiadłem ani razu na trenażer. Ha! Ale ze mnie mięczak co? Pewnie, że tak! Nie ma złej pogody na trening!

Ale coś Ci powiem twardzielu.

 
Robiąc wciąż to samo, będziesz dostawać wciąż to samo.

 
Ot cała filozofia. I nikt zdaje się tego nie rozumieć.

Mnie już zmęczyła rutyna tej kolarskiej kultury cierpiętnictwa o tej porze roku. Z drugiej strony spędzenie zimy w miejscu, gdzie zimy nie ma, należało do doświadczeń z kategorii “to było coś, warto byłoby to powtórzyć!”. Trening pod miastem czy pod dachem wręcz odwrotnie.

W końcu po tylu latach zrozumiałem, że z punktu widzenia amatora. Ciebie, mnie. Osób które bawią się w kolarstwo dla siebie, dla własnej satysfakcji i przyjemności. Zrozumiałem, że to co kultura nakazuje nam robić zimą jest absolutnie bez sensu. I najgorsze jest to, że to ogromna strata czasu.

Dlatego przestałem go marnować. Możesz nazywać mnie mięczakiem, w porządku. Ale ja zrozumiałem, że lepsze efekty niż kręcenie w miejscu oglądając seriale, czy szczękanie zębami na rundzie na której już byłem dziesiątki razy, da robienie tego, co przybliży mnie do ruszenia znowu w świat, do odkrywania nowych miejsc, do robienia tego, na co moja pasja, mój byt na tym świecie zasługuje. To takie proste. Działanie.

Chcę dostać coś innego niż to, co dostawałem przez te wszystkie poprzednie lata. Lata marnowania potencjału.

Nothing changes if nothing changes.