Co ta Szwajcaria!

To było jakoś tak. Jeszcze zaspany, lekko skacowany, bo już za długo byłem w Warszawie, otwieram mejla, a tam jeden, który zaczyna się mniej więcej jakoś tak:

“Dzień dobry, reprezentuję Switzerland Tourism..”

I tutaj przestałem czytać dalej, wyrzuciłem ręce w górę krzycząc hurra, zadzwoniłem do kilku kumpli i ogłosiłem swój triumf. Który sam już sobie dopowiedziałem.

Potem doczytałem do końca i okazało się, że to jakiś wyjazd prasowy na górskich rowerach z wypo. Co cóż. Na zrobienie Roadtripa musze sobie jeszcze zasłużyć. No ale kurcze, Szwajcaria! Wiadomo, że od razu odpisałem, że pewnie, zgoda, jadę.

Choć trochę przyznam, przez chwilę zacząłem lękać, na przykład kiedy padło pytanie, czy będę używać pedałów spd czy platformowych. Że to będzie jakieś januszowe jeżdżenie po ścieżkach w dolinach i sercę będzie mi pękać z rozpaczy, że nie mogę sobie zboczyć z kursu i wspiąć na szczyt góry.

No ale serio, nawet jeśli, co to za dylemat. To trochę jakbym miał zrezygnować, nie wiem, z wycieczki dookoła Norwegii mercedesem bo przecież ja wolę volvo. Szwajcaria!

Okazało się, że na miejscu robiliśmy jakieś enduro i był z tego dziki ubaw. Wszyscy dawali radę i było wesoło i w ogóle był to wyśmienity czas.

Ja rzecz jasna trochę zapomniałem jak się robi mtb, ale mimo to czułem się jakbym uprawiał prawdziwe katowanie na krawędzi. To co dopiero tam muszą czuć Ci co to potrafią? To już musi być już totalna ekstaza.

Wychodziliśmy w góry rano, wracaliśmy wieczorem. Ekipa była świetna. Szwajcarzy byli najmilszymi ludźmi na świecie. Zabawa była przednia. A najlepsze ostatecznie było to, co zafundowała nam Matka Natura. Rozwaliła to. Piękne dni. Klawe życie.

Ostatniego dnia spędziłem na rowerze jakieś 14 godzin i myślałem, że zaraz mi się coś wydarzy złego z ciałem od nadmiaru hormonów szczęścia. Poważnie. Tam się dzieją rzeczy.

Chciałbym opisać ten ostatni dzień jak najdokładniej jak tylko się da, ale niestety, ostatnio gra w życie idzie mi całkiem nieźle, i mimo, że dopiero moment przed naskrobaniem tego na szybko, przekopałem się przez wszystkie zdjęcia ze Szwajcarii, to za parę godzin ruszam znowu gdzieś w góry, nie wiem jeszcze, chyba w Dolomity. Chociaż coś mnie korci, żeby wrócić właśnie tam, tym razem z szosą. Tam jest bajka.

Było bardziej niż super. Jedne z piękniejszych dni spędzonych na rowerze. Czyli życia w sumie też.

Chciałbym napisać Roadtripa stamtąd. Teraz nie mam czasu.

Chociaż z resztą, o czym tu gadać, niech obrazy opowiedzą historię same za siebie: