Cienka granica inspiracji

Kiedy będzie nowy Roadtrip? Nowy film? Kiedy w końcu ukaże się Roadtripping Sierra Nevada? Albo ten z Toskanii? To łatwe pytania. Na które odpowiedź każdy znalazłby sam, stawiając się po prostu na moim miejscu. I być może przy okazji odpowiedziałby też na jeszcze jedno, o wiele ciekawsze pytanie, o zadaniu którego wcześniej w ogóle by nie pomyślał. W czym mam zamiar pomóc teraz.

Więc kiedy? Nie wiem. Może będzie gotów jutro, może za rok, może nigdy. Bo widzisz, robiąc tego typu rzeczy, które z założenia mają być czymś ponadprzeciętnym, jestem skazany na łaskę dobrych ludzi którzy zgodzili się użyczyć swoich umiejętności, sprzętu i czasu żeby tworzyć razem zajawkowe dzieło. I jeśli już jakimś cudem uda mi się wszystkich gdzieś zabrać, potem pozostaje mi czekać aż znajdą czas aby dzieła dokończyć. W wolnej chwili. Tak to już wygląda ta branża zajawkowa.
Zapytasz więc, czemu w takim razie nie zdobędę jakichś funduszy reklamując jakieś rowery, ubrania, rzeczy? Nie położę na to wszystko jakiegoś wielkiego logo żeby sobie sprawę ułatwić i przyspieszyć? I tutaj zgrabnie przechodzimy do tego ciekawszego pytania i ciekawszej odpowiedzi.

Czasem, raz na mniej więcej sto lat, w końcu udaje się coś stworzyć. Wtedy ludzie stają się dla mnie nagle wyjątkowo mili i prawią komplementy. Mówią, że to, co robimy, jest inspirujące. Że to działa na nich tak, że chcą rzucić nagle wszystko i iść na rower. Zabrać kumpli i przeżyć przygodę życia. Zrobić coś właśnie takiego co robimy my w Roadtripach.
I to jest coś z czego jestem najbardziej na świecie dumny. Bo zrobiłem coś dobrego dla innych. To jest coś dla czego mimo wszystko chcę robić Roadtripy tak jak robię teraz.

Z tym że stwierdzenie, że coś jest inspirujące tak naprawdę nie jest żadnym komplementem, bo tak naprawdę wszystko do czegoś inspiruje. Niekoniecznie dobrego.
Bo wyobraź sobie, że któregoś pięknego dnia nasze starania zostają docenione przez jakiś majętny brand. I niby dalej robimy wciąż to samo co dotąd robiliśmy. Ale jest jedno ale.

To ale, to cienka granica inspiracji.

Pozwól, że wyjaśnię Ci to na przykładzie, nie wiem, Raphy. Rapha robi abstrakcyjnie drogie ubrania, robi też przepiękne filmy. Sam bardzo lubię je oglądać. Prawdopodobnie moje nigdy im nie dorównają jakością. Ale nie mogę powiedzieć, że po obejrzeniu filmu z Zoncolan albo zachodnich fjordów pierwsze o czym myślę, to to, żeby obdzwonić najlepszych kumpli i pojechać z nimi przejechać te trasy i przeżyć coś fajnego. Nie, chcę wejść na sklep Raphy i kupić całą kolekcję.
Bo Rapha jak bardzo by nie szastała patosem i górnolotnymi hasłami o pasji i oddaniu przekroczyła cienką granicę inspiracji.

Przykłady można znaleźć na każdym kroku. To łatwizna. Bo to zdarza się niemal wszystkim i wszędzie. I tak po lekturze Szosy wcale nie mam ochoty wyjść pojeździć na moim rowerze, chcę raczej kupić dwa nowe, pomiar mocy i górę gadżetów. Po obejrzeniu wyścigu na Eurosporcie w ogóle mnie nie interesuje jeżdżenie dla samego piękna jeżdżenia, tylko wygrywanie i trenowanie czyli znowu muszę kupować, wszystko co najlepsze i najszybsze. Po czytaniu, oglądaniu, wchłanianiu tych sfabrykowanych treści mam ochotę na jedno. Do zakupów. Tak mnie to wszystko inspiruje. A to mnie tylko odciąga, oddala w czasie od tego, do czego inspirować próbują Roadtripy.

Ale są wyjątki. W Polsce mamy PNT. Za granicą jest paru wesołków z Kalifornii, bracia Morton tworzący Thereabouts czy dwóch innych Australijczyków z North South. Fajni ludzie które kochają jazdę samą w sobie i chcą przekazać coś wartościowego innym, coś co każdy może zrobić samemu. Robiąc coś, nie dla napchania swoich kieszeni, ale dla dobra innych.
Każdy z ich projektów też tworzy się w bólach, raz na rok, czasem pół, czasem rzadziej. Już rozumiesz dlaczego. Coś za coś. Taka to branża, ta branża zajawkowa. Pewnie byłoby nas więcej ale tak trudno przebić się do tego światka zdominowanego przez ignorantów którzy wolą inspirować do tego żebyś zamiast jeździł, marnował czas na zarabianie na te wszystkie bezużyteczne gadżety.

Gdybym znowu pojechał w jakieś piękne miejsce, zrobił tam wspaniałą wyprawę i zamiast przekazać tę całą ekscytację i inspirować do zrobienia czegoś podobnego, zacząłbym zachwalać jakieś koła czy inne rzeczy, to w tej jednej chwili zruinowałbym wszelkie starania. Jak pięknych zdjęć byśmy nie zrobili, jak pięknego filmu nie nagrali i jak górnolotnego tekstu bym nie napisał.
Inspirowałbym, jak moi koledzy egoiści, jedynie do bezmyślnej konsumpcji. Stałbym się hipokrytą.
To tak jakby zadzwonił do mnie dobry kumpel, oznajmił, że odłożył trochę kaski i pytał czy jedziemy gdzieś w góry pokręcić, a ja zamiast klasycznie przyklasnąć na pomysł, zasugerował, żeby lepiej by zrobił kupując nowy kask POCa bo jest taki super i ma nowoczesne systemy których tak bardzo potrzebuje.

Ta cienka granica inspiracji robi ogromną różnicę. Różnicę której efekty popychają albo do działania i przeżywania chwil, albo z drugiej strony jedynie do bezmyślnego gromadzenia.

To smutne, bo gdyby się głębiej zastanowić nad tą kwestią, to niemal wszystko co nas otacza, co czytamy i oglądamy na temat kolarstwa znacząco przekracza tę tytułową granicę. I skoro to, chcąc nie chcąc, wpływa na nasz sposób myślenia, kreuje nas, to kim my się przez to stajemy? Serio pytam, zastanów się dobrze.

Roadtripping Sierra Nevada pewnie kiedyś w końcu się ukaże, nie wiem kiedy, zaraz minie rok od kiedy staram się go stworzyć. Zapewne przez większość zostanie wrzucony do jednego wora obok filmów Raphy, obok masy innych sfabrykowanych tworów. Rozrywki spod kategorii pasji. Trudno.
Ja mimo wszystko wierzę w siłę inspiracji do rzeczy wartościowych i chcę robić rzeczy dla zwykłych ludzi. I mam nadzieję, że któregoś dnia ta różnica zostanie w końcu zrozumiana i tacy fajni goście jak ci z PNT, jak tych kilku Australijczyków zostaną docenieni i dostaną możliwości tworzenia tak jak tworzyć by chcieli.