Batalia o Roadtripping

Popełniliśmy ogromny błąd. Już dawno temu. Zrobiliśmy pierwsze Roadtripy za dobrze.

Zdjęcia były zbyt dobre. Publikacja w zbyt wielkim portalu. Samo to, że to było coś świeżego, tak zrobionego, z rozmachem.

Wszyscy pomyśleli, że to jakiś niezwykle kasowy projekt za którym stoją nie wiadomo jakie pieniądze. A to nieprawda.

Pewien kolega mi kiedyś zdradził, że z jego punktu widzenia to wyglądało tak, jakbyśmy byli jakimiś dzianymi dzieciakami, jakbyśmy się rozbijali po norweskich czy alpejskich hotelach, ściągali super fotografów i robili to co nam się żywnie podoba.

A to nieprawda. Prawda jest taka, że dzień przed wyruszeniem w góry żeby zrobić Roadtripping Norway, pracowaliśmy od 7 do 21 w norweskim magazynie targając jakieś ciężkie panele żeby dorobić jeszcze odrobinę na paliwo, promy i żeby móc czymś nakarmić gości.

Ale po Norwegii to zaczęło się na dobre. Norwegia udała nam się najlepiej jak tylko mogła i po niej zrozumiałem, że robienie tego to jest coś więcej niż po prostu ładny reportaż.

Że Roadtripping to coś czemu chciałbym się oddać. Że to forma którą mogę dotrzeć do wielu osób, żeby szerzyć ideę w którą wierzę. Czegoś dobrego, dla ludzi. Że jest to misja dla której warto się poświęcić.

I od tego czasu robię co mogę, żeby Roadtripy tworzyć.

Teraz jest już z górki. Względnie, pod wiatr i po dziurach ale jednak. Już wiem, że Roadtripping Sierra Nevada się ukaże. Prędzej czy później ale się ukaże.

Było super ciężko. Nikt o tym nie wie. To nie są rzeczy którymi się chwalę. Których nie widać po Twojej stronie monitora.

Nie widać tych tysięcy mejli, telefonów i prób niezliczonych. Jak męczyłem znajomych. Kolarzy, fotografów, magików od filmików. Nie widać tego, że cały czas próbuję zebrać ekipę i udać się z nią w piękne miejsce, zrobić piękne rzeczy. Od kilku lat. Cały czas.

Nie widać tych rozmów z potencjalnymi sponsorami. Gdzie zawsze powtarza się ten sam schemat, chwalenia tego co robię i odmawiania kiedy przychodzi co do czego. Bo nie chcę robić chamskich reklam, chcę robić rzeczy które inspirują do jeżdżenia a nie do kupowania. Łudziłem się, że może jeśli komuś ze środowiska udaje się zarobić odrobinę więcej niż wszystkim którzy wiążą ledwo koniec z końcem, to zechce dać coś w zamian dla środowiska. Ale nie.

Nie widać końca tej batalii. Której wcale nie muszę prowadzić. Mógłbym dołączyć do tego stadka egoistów i razem z nimi robić to, co tylko ugruntowuje to, co jest dobre tylko dla tego małego stadka. Robić rzeczy dla wielkich firm. Piękne zdjęcia i filmy. Co przyniosłoby tylko efekt odwrotny od tego, który chcę osiągnąć tworząc Roadtripy.

Ale to tylko bardziej mnie utwierdza, że warto robić to, co robić się staram.

Jeździłem w Alpy i z każdym wyjazdem zdawałem sobie coraz mocniej sprawę, jak łatwo dotrzeć w te wspaniałe góry i robić tam, to co robić umiem. I znowu męczyłem każdego znajomego który choć trochę rokował na wyjazd. Nic z tego. Byliśmy w Norwegii. Odkryliśmy nowe drogi. Genialne trasy zwalające z nóg widoki. Zdobyliśmy nocleg i zaczęliśmy już planować tworzenie Roadtripa. Nie udało się dograć żadnego terminu.

Będąc z Warszawie spotykam się ile mogę z osobami w których pokładam nadzieje. Będąc w pięknych miejscach szukam sposobu żeby ich ściągnąć i zrobić razem coś pięknego. To trwa już parę lat. Dziewięćdziesiąt dziewięć procent starań nie przynosi żadnego efektu.

Tego nie widać. Ale ja każdego dnia staram się coś zrobić, żeby przybliżyć się choć trochę do stworzenia nowego odcinka. To chyba najtrudniejsza misja jakiej w życiu się podjąłem. Z czasem zajawka coraz bardziej we mnie obumiera. Widzę tych wszystkich biznesmenów którzy z nieograniczonymi pokładami ignorancji i tupetu robią tandetnie komercyjne akcje w górach w które zawsze chciałem pojechać. Z jednej stromy to wysysa ze mnie energię do działania. Z drugiej strony właśnie motywuje.

Nie pamiętam dokładnie. Jakieś może dwa lata temu, zacząłem sobie niewinnie pisać z Cormackiem z Cycle Sierra Nevada o zdjęciach, od roadtripach. Podzielał moją zajawkę. Zwierzyłem mu się, jak trudno jest mi je robić. Zaoferował się z pomocą. I to był jakiś punkt zaczepienia.

Z czasem poznawałem dużo osób. Większość hipokrytów. Garstkę wspaniałych zajawkowiczów. Spotkałem się w Warszawie z Markiem Ogniem. Fotografem który nie ma nic wspólnego z kolarstwem. Który jeździ na desce i może dlatego szybko pokleił całą ideologię wyluzki i cieszenia się światem a nie, wygrywaniem. Który szybko zrozumiał w czym rzecz i idealnie się wpasował do ekipy. Wymęczyłem wiele osób, odnalazłem ludzi z zajawką.

Mieliśmy to robić w lutym. Ale dziewczyna która obiecała przyjechać, której obiecaliśmy w zamian ile tylko mogliśmy, po miesiącu czy kilku kręcenia nosem ostatecznie pojechała robić swoje rzeczy na zgrupowaniu dla snobów, ironicznie zatytułowanym roadtrippingiem. Nie mogę mieć do niej pretensji, wszyscy potrzebujemy na chleb. Ale kolejny plan legł w gruzach i musiałem kombinować od nowa.

Zacząć pożyczać kasę, kombinować jak móc dłużej przeżyć w Hiszpanii. Zacząć szukać coraz szerzej, wśród kumpli kumpli. Trafiłem na Olę i Grześka którzy z tych tłumów oportunistów ocaleli jako ludzie zajawki pełni. I tak też dograna została ekipa. Hurra.

Szukałem chłopaków którzy zechcą jeździć. Ta, wydawałoby się najłatwiejsza misja, nawet ona okazała się kolejną drogą przez mękę. Mękę telefonów, mejli, niezdecydowania i wodzenia za nos. Rozumiem, że każdy ma swoje misje z kategorii prozy życia, ale ostatecznie o co chodzi z tą naszą pasją do jeżdżenia? Całe szczęście niemal zawsze mogę liczyć na Karola, trafił się też dobry luzak Bart i ta misja została dopięta. Ju hu.

CyclingTips który dzięki Norwegii rozhulał całą akcję, i chwała im za to, nie raczył mi odpisywać na mejle, a co dopiero pomóc. Zaczęli robić swoje akcje które wyglądają jak chamskie reklamy nowych rowerów które musisz kupić bo wtedy dopiero przeżyjesz przygodę. Przestraszyłem się aż, że mogą nawet nie opublikować tego, o co tak się staram. Kręcąc nosem, po cięższej dyskusji, obiecali to wrzucić. Kamień z serca.

Im bliżej było przylotu ekipy do Sierra Nevada, coraz więcej pojawiało się wpadek i przeszkód. Kolejne obietnice zerwane. Kolejni dobrodzieje nie dotrzymujący słowa.Multum awaryjnych sytuacji. Z każdą coraz bardziej chciałem to wszystko rzucić w cholerę, wrócić do Polski i zająć się czymś nikomu niepotrzebnym.

Przez cały tydzień prawie nie spałem. Pogoda się popsuła. Cormakowi nie podobał się rower i nie chciał z nami jeździć. Przez przeróżne errory traciliśmy multum czasu. Nikogo nie popędzałem, wszyscy robili mi przysługę.  Ale to była finałowa batalia. I udało nam się zrobić ile tylko się dało. I to jest super.

Ostatniego dnia, kiedy chcieliśmy udać się w masę miejsc, nagrać na szybkości ile tylko się da, bo w końcu wyszło słońce, musieliśmy oddać samochód bo akurat był potrzebny do różnych spraw. Co jest zrozumiałe, bo dzięki temu akcja cała odbyć się mogła. Ale wtedy myślałem, że pęknę z wściekłości. A to tylko jeden przykład. Z całego morza przykładów.

I tak dalej i tak dalej. Przemnóż razy sto.

Nie będzie jakimś znowu wielkim nadużyciem, jeśli powiem, że tworzenie tego Roadtripa zajmie okołu dwóch lat. Zabawna sprawa. Ale tak to wygląda w tych trudnych czasach.

Teraz każdy ma swoje misje do dokończenia. Nie wiem co powie CyclingTips. Ja powoli piszę tekst. Bo i tak nic kolejnego się póki co nie kroi. Taka to już batalia.

Nigdy nic nie zarobiłem na roadtripach. Nie chcę na nich zarabiać. Chcę tylko mieć możliwość je tworzyć.

Mam nadzieję, że kiedy w końcu Roadtripping Sierra Nevada się ukaże, nie będzie tylko kolejnym zabijaczem czasu, przeskrollowanym po ekranie telefonu.
Mam nadzieję, że z tego oceanu oportunistów wciąż będę wyławiać tak wspaniałych ludzi jakich udało mi się ściągnąć do Sierra Nevada.

Mam nadzieję, że kiedyś naprawdę zacznę to robić, tak jak robić bym chciał.

zdjęcie tytułowe: Marek Ogień