Jak przejechałem 250 kilometrów po górach i jak to się dla mnie skończyło

Prosta historia. Przejechałem sobie 250 kilometrów. Przez jedne z piękniejszych gór w jakich w życiu byłem. I nie wyrobiłem się przed zmrokiem.

To był jeden z tych dni. Jechałem sam. Ja i góry. Przez szosy których dotąd nie znałem. Pijąc wodę z rzek i podjadając batoniki ze stacji benzynowych. Odkrywając miejsca tak piękne, że nie byłem w stanie zawrócić w stronę domu tak jak nakazywałby rozsądek. Przez dolinę tak niezwykłą, że zachwyty wypełniały głowę tak, że brakowało w niej już miejsca na myślenie o tym jak jestem wycieńczony i wygłodzony. Wciąż skręcając dalej i dalej, żeby móc doświadczać jeszcze więcej tej niesamowitej okolicy. Tak przejechałem chyba największy dystans jaki dotąd mi się udało, po górach.

Przejechałbym z pewnością i więcej. Ale nie zdążyłem. Zapadł zmrok. Ciemności przeokrutne. Nie widziałem swojej kierownicy. A co dopiero miał powiedzieć kierowca ciężarówki który z impetem na mnie pikował nie zdając sobie sprawy w jakiej panice staram się w ostatniej chwili przeskoczyć przez barierkę aby ujść z życiem. Bo ostatnia droga barierkami usłana była hojnie, co ani trochę nie sprzyjało ucieczce.

Na szczycie ostatniej góry przed domem zatrzymała mnie miła pani wygłaszając tyradę o tym jak to mógłbym zrobić z niej mordercę i informując serdecznie, że nie zawaha się zadzwonić na policję aby ukrócić moje występki. A musisz wiedzieć, że mandaty w Norwegii są takich wielkości, że gdybym sprzedał wszystkie swoje wnętrzności na czarnym rynku to nadal by nie starczyło. Było to na szczycie góry między dwoma fjordami, z jednej strony hostel, już zamknięty, z drugiej duży parking i kilka przydrożnych kibli.

Norwegia ma to do siebie, że ludzie nawzajem sobie ufają i są dla siebie dobrzy, więc wszędzie jest porządek i wszystko jest w perfekcyjnym stanie. Tak było i w przypadku tych przydrożnych kibli. W jednym z nich było tak czysto i przestronnie, że bez specjalnego zawahania położyłem się w nim i zasnąłem żeby przeczekać noc. Całkiem dobrze mi się tam spało.
Nie było to dla mnie jakimś wielkim problemem.

Od początku wiedziałem, że nie podołam tej trasie. Wiedziałem też, że kolejnej szansy może już długo nie być. Więc sobie powiedziałem, niech się dzieje co chce. I się wydarzyło. Nie pierwszy i nie ostatni raz. Nadal żyję. I mam w głowie ładne wspomnienia.

Trzy dni wcześniej przejechałem Roadtripping Norway. Narażając się na około trzy godziny snu przed ciężką pracą na siódmą rano. Trzy dni później przejechałem kolejny trip od rana do wieczora. Który skończył się  moim spaniem w bagażniku, a kumpla na karimacie tuż obok samochodu.
I dobra. Od tego się nie umiera.
Nikomu krzywda się nie stała. Stałaby się, gdyby żadnego z tych tripów nie było. O!

Tak to jest. Wiecie, fotografie z Roadtrippingu Norway zdobyły wielkie uznanie i zostały utytłane w tytuły na wielkich konkursach, a nikt za bardzo nie wie, że nawet Piotr Trybalski spał z nami w piwnicy na karimacie, a za biurko robiły mu dwa krzesła i kawałek blatu na nich ułożony. Dzieciaki wzdychają do moich zdjęć z Trollstrigen ale nikt by nie chciał potem brać prysznica w rzece i wracać do namiotu. Woleliby wygodny hotel i dyplom uznania na do widzenia. Ale tak to nie działa.

Coś za coś.

Ja już sobie wyjaśniłem które Coś jest dla mnie istotniejsze. O!

Czasem lądowałem w pięknych hotelach. Na skrzętnie rozplanowanych wyprawach. Efekt ostatecznie był ten sam. Z tym, że takie rzeczy dzieją się z częstotliwością godzącą w jakieś tam moje poczucie wolności. Pół roku planowania i czekania, aby przez tydzień robić to coś, co ktoś akurat robić chce. Nie rozumiem, jak można się na takie coś godzić, na takie marnotrawstwo czasu.

Morał wcale nie jest taki, żeby iśc spać do przydrożnego kibla. Ależ skąd. To ekstremum w drugą stronę. Od tej, nie rozumiem czemu, niezwykle popularnej strony. Tej która podpowiada, że zanim zrobi się coś, co zrobić by się naprawdę chciało, trzeba najpierw poczynić niesłychane przygotowania.
Dopiąć wszystko na ostatni guzik. Uciułać jakieś ogromne ilości pieniędzy aby móc kupić nigdy dość dobry sprzęt, zabukować piękne hotele albo postawić domek w górach, zorganizować to najlepiej jak się tylko da, przygotować się nie wiadomo jak.
I kiedyś być może w końcu to coś zrobić. Co ostatecznie prowadzi do tego, że to coś, nie dochodzi do skutku. Pozostaje zawieszone w próżni zwanej “kiedyś”.

Czasem lepiej jest za dużo nie planować. Pewnie gdybym zaplanował tamten trip jak należy, z pewnością nie dotarłbym do tych miejsc, do sytuacji które zrobiły na mnie największe wrażenie.
Gdybym miał tendencję do planowania, na pewno nie doszłoby do tych wszystkich akcji, które zaryły mi się najmocniej w pamięci.

Czasem jest tak, że zamiast planów, potrzebujesz po prostu jaj. Odwagi która zagłuszy głos rozsądku i powie, niech się dzieje co chce! Wybrałem to Coś, do czego chcę dożyć. O! Tego Ci właśnie trzeba.