2016

wzorem moich szybkich kolegów chciałbym skompletować podsumowanie roku w ten tradycyjny i piękny sposób, żeby dać wam okazję do złożenia mi szczerych gratulacji.

ale niestety, nic z tego.

nie osiągnąłem w tym roku kompletnie nic spektakularnego, nie znalazłem na to ani czasu, ani chęci.

zmarnowałem każdą okazję na zdobycie jakiegokolwiek tytułu czy trofeum, jeżdżąc bez celu po górach.

nie wyścignąłem żadnego z moich kolegów, bo wolałem na nich poczekać na góry szczycie.

być może pobiłem któryś ze swoich rekordów, być może nie, nie wiem, to już dla mnie bez znaczenia.

nie ukończyłem też żadnych renomowanych zawodów, wybierając zamiast tłumów górskie pustkowia.

nie zrealizowałem żadnego z moich wielce ambitnych planów, bo ich po prostu nie miałem.

Nie osiągnąłem żadnego z tych sportowych sukcesów, które opierają się na tym że, większość zostawiona w tyle, tego sukcesu nie osiąga.

Otóż nie, nic z tych rzeczy.

Udało mi się za to zrobić multum rzeczy które robić chciałem, sam dla siebie. Być w wielu nowych miejscach, będąc w nich w pełni, nie w drodze ku odległemu celowi gdzieś zupełnie indziej.

Udawało mi się czerpać radość z tych źródeł, z których każdy, bez wyjątku czerpać może. Bez wielkich wydatków, bez żmudnych przygotowań, nie kosztem innych.

Spędziłem więcej dni na rowerze niż w pracy, więcej godzin na szczytach gór niż w sklepach i przed telewizorem. Trwając konsekwentnie przy swoich ideałach. Będąc rowerowym bumelantem nie umierając przy tym z głodu.

W odróżnieniu od moich kolegów sportowców, uniesień i satysfakcji czerpałem z momentów pięknych samych w sobie, z kategorii tu i teraz, za które nie potrzeba żadnych dyplomów czy pochwał.

I mam nadzieję, że choć odrobinę udało mi się za pomocą liter takich jak te, przekazać choć odrobinę tego, co przekazać się staram, co pomogło mi dotrzeć tu gdzie jestem, do tego podejścia, do którego dotarłem. I kto wie, może i zarazić nim innych.

Dlatego też dziękuję za gratulacje, nie potrzeba mi ich ani trochę.

Postscriptum.

Życie to jednak nie tylko nieprzerwane pasmo sukcesów i ten rok też taki nie był. 2016 stał dla mnie pod znakiem walki o Roadtripping Sierra Nevada. Walki której końca nie widać. Która nieraz doprowadziła mnie do skrajnego zniechęcenia, ale też nauczyła wiele na temat naszej społeczności, tego dlaczego nawet tekst taki jak ten wiele osób automatycznie neguje. Zrozumiałem, że robiąc takie projekty, tak jak robić bym chciał, skazuję je i siebie na pożarcie.

Nie mam zamiaru jednak się poddawać. Wiem już jedynie, że to najwyższy czas na coś nowego. I mam już pewien, zuchwały, acz wykonalny, pomysł który mam nadzieję uda się zrealizować w nowym roku. Ale o tym innym razem.

Dziękuję wszystkim którzy mimo mojej słabości do sarkazmu wciąż pozostali ze mną, dziękuję wszystkim którzy czasem coś kupują w moim sklepiku, podtrzymując szymonbajka przy życiu i już teraz dokładają cegiełkę do tego, co po mału knuję zrobić w niedalekiej przyszłości.

Dzięki i do zobaczenia w 2017.

Zdjęcia: Marek Ogień